Kiedy imigranci nie chcą imigrantów



Wydawać by się mogło, że okoliczności ku dobra naszej sprawy są nie do podważenia - kraj w zasadzie zbudowany przez imigrantów z całego świata, bogata historia przez którą migracja przewija się non stop, mieszanka kultur z każdego zakątka ziemi a także - wracając trochę do dzisiejszych czasów - nieustanna pro-imigracyjna retoryka polityczna powtarzana regularnie w mediach. Dlaczego zatem widzimy takie problemy z prawem imigracyjnym i z przyznawaniem legalnej rezydentury?


Do rozważań na ten temat prowadzi mnie obserwacja obecnej sytuacji imigracyjnej w USA i tego co generalnie dzieje się w rządzie amerykańskim. Przed wygraniem wyborów prezydenckich Joe Biden zapewniał, że problem imigracyjny obróci się o 180 stopni, w tą dobrą stronę. Padło wiele obietnic, wiele zapewnień, w ludziach wzbudzono ogromne nadzieje. Tymczasem, nawet jeśli są chęci do wprowadzenia zmian, w rządzie mamy impas - połowa opowiada się za pomocą i nowelizacją prawa imigracyjnego, druga połowa sprzeciwia się zmianom.


Można odnieść wrażenie, że Ameryka kuleje i to dość poważnie, a do tego nadszedł czas kiedy brak jakichkolwiek reform przez długie lata stworzył obecnie prawdziwy problem. Gdy ogłoszono, że imigranci będą mieli łatwiejszy wstęp do USA i szansę na zalegalizowanie pobytu po długich latach życia na marginesie, z południa w stronę Stanów ruszyły tabuny ludzi, pielgrzymki liczące tysiące osób mających nadzieję na rozpoczęcie lepszego życia. Kiedy jak nie teraz skoro sam prezydent tak głośno o tym mówi? Na granicy spotkała ich jednak niemiła niespodzianka - wyszydzany przez ostatnie lata mur jak stał tak stoi, straż graniczna nikogo nie wpuszcza, ba, straż graniczna interweniuje jak tylko ktoś zbliży się do granicy i spróbuje swojej szansy. Do USA nie ma wstępu i koniec.


straż graniczna imigranci koń
Czy to sceny z nowego westernu? Nie, to zdjęcia z okolic Rio Grande City w Teksasie gdzie straż graniczna próbuje zapanować nad imigrantami próbującymi przekroczyć granice kraju

Kolejny problem rośnie już na amerykańskim podwórku, ten który jest nam całkiem bliski - zalegalizowanie pobytu i przejście z tymczasowej wizy pracowniczej na permanentną Zieloną Kartę, ostatecznie otrzymanie obywatelstwa. My jeszcze jesteśmy w procesie i technicznie mamy trochę czasu zanim rozpocznie się dramat, ale każdego dnia ludzie tracą pracę i są forsowani do opuszczenia kraju tylko ze względu na to, że urząd USCIS nie wyrabia się z niezbędnymi dokumentami - przedłużenia wiz, karty EAD i inne. I nikogo nic to nie obchodzi. A wrócić z powrotem do pracy do USA też nie jest wcale łatwo. W rządzie trwa debata i na stole pojawiają się nowe propozycje rozwiązań, ale zdaje się, że nie ma chociażby częściowej zgodności w tym temacie. I tak długimi latami impas trwa w najlepsze.


Cały system imigracyjny jest przestarzały i zepsuty. To nie jest nic nowego, szokującego, o tym wiedzą wszyscy. Wyobraźcie sobie, że niektóre przepisy będące obecnie problemem nie zostały zaktualizowane od lat 60tych czy 70tych poprzedniego wieku. Przez ponad 50 lat nikt nie miał czasu ani chęci żeby coś w tym temacie zrobić, tymczasem przez te pół wieku świat poszedł niewyobrażalnie do przodu. To może sugerować tylko tyle jak poważnie traktuje się ten problem i jak poważnie podchodzi się do jego usunięcia.


OK, trochę to rozumiem. Żyjemy w innych czasach i pomiędzy ludźmi którzy nie postrzegają się już jako następne pokolenie imigrantów, którzy przemierzali dziki ocean w poszukiwaniu nowego, lepszego życia, a prawdziwych Amerykanów z krwi i kości (pomijając już fakt, że Ci mieszkają głównie w chronionych prawem rezerwatach). Rozumiem, że nieustanny napływ imigrantów może budzić wątpliwości i tak naprawdę dla nich temat imigracji jest zupełnie obcy. Wiekszość Amerykanów nie przekroczyła nigdy granic USA, nie podróżują, niektórzy nawet nie opuścili swojego rodzimego stanu. Nie obchodzi ich co się dzieje gdzieś tam po drugiej stronie świata, oni mają wystarczająco problemów na własnym podwórku. I to można w pewien sposób zrozumieć. Zresztą to nie jest przecież problem samych USA - w ten sam sposób niechętnie patrzyło się na Polaków przybywających do pracy w Wielkiej Brytanii czy na Ukraińców szukających szczęścia w Polsce.


Z drugiej strony jednak USA to dla mnie zupełnie inna bajka, bo cała historia Stanów Zjednoczonych opiera się na imigracji. Historia ta mimo wszystko wciąż stanowi powód do dumy. Ah jaki mój dziadek był odważny, ah jak moja rodzina była wspaniała, wszyscy wybrali się w podróż w nieznane, spojrzeli śmierci w oczy, ale dla lepszego jutra ruszyli w nieznane i odnieśli wielki sukces, założyli nowy kraj, dokonali czegoś wyjątkowego, a dzięki temu my możemy żyć lepiej. Amerykanie z dumą opowiadają o tym skąd idą ich korzenie, w jakim stopniu są Irlandczykami, Włochami itd. I to im zupełnie nie przeszkadza. Pytanie brzmi zatem dlaczego tak bardzo utrudnia się dzisiejszym imigrantom poszukiwanie lepszego życia skoro ich własne życie jest efektem tych samych starań ich przodków? Ten sam problem, inne czasy.


Człowiek obserwuje to wszystko i zmaga się z totalnym zmieszaniem - dlaczego imigranci nie chcą imigrantów? W telewizji i w mediach non stop słyszymy - USA są otwarte dla każdego kto szuka lepszego życia, USA zapewnia nową, lepszą rzeczywistość, USA to schronienie dla wszystkich szukających spokoju i szczęścia. Obcokrajowcy zakochują się w Amerykanach, żyją razem długimi latami i biorą ślub żeby zamieszkać razem i stworzyć szczęśliwą rodzinę, a bezsensowne reguły i uciążliwa biurokracja nie pozwalają im na rozpoczęcie spokojnego życia. Pomyślcie, to już nie tylko problem imigrantów, to także problem osobisty urodzonych na terenie USA Amerykanów.


Są też ludzie, którzy pracują na amerykańską gospodarkę, pokornie dokładają swoją cegiełkę każdego dnia, prowadzą się wzorowo, płacą podatki, mają czyściutką kartotekę, a mimo tego rzuca im się kłody pod nogi i totalnie ignoruje fakt, że pozostanie w Stanach to w większości przypadków sprawa życia. A najgorsze jest to, że nikt nie widzi też rozwiązania dla tych problemów.


Czy to kryzys tożsamości Stanów? Czyżby piekna wizja założycieli kraju, wszystkie prawdy spisane na papierze i wykute pod pomnikami przestały mieć znaczenie? Być może taka jest naturalna kolej rzeczy. A może ta piękna narracja i wielkie obietnice to tylko rzucane na wiatr słowa, którymi nikt się zupełnie nie przejmuje? Może nikomu nie przeszkadza fakt, że z jednej strony jest się dumnym z historii swojego kraju która toczy się kołem imigracji, a z drugiej ignoruje się problemy imigracyjne obecnych czasów, które swoją naturą nie odbiegają niczym od tych sprzed 200-300 lat?


Oczywiście to nie jest tak, że 100% Ameryki mówi stanowcze nie dla imigracji, wiele wspaniałych osób walczy nieustannie o to żeby imigracja była procesem ustabilizowanym, otwartym i mniej problematycznym. Wiara w to, że pierwotna amerykańska dusza nie została utracona jest nadal wielka. Chodzi bardziej o to, że zastaliśmy wielki impas i podział w postrzeganiu imigracji, z którego można wnioskować, że teoretycznie średnio niemalże co drugi Amerykanin którego spotykamy na ulicy nie jest szczęśliwy z tego, że wszyscy postanowiliśmy tutaj przybyć. Jedyne co nas tak naprawdę różni to fakt, że mamy paszporty z innego kraju. Jedyne co nas różni od historii życia założycieli USA to fakt, że emigrujemy z krajów w trochę innych czasach...


Mówimy sobie, że na Stanach świat się nie kończy. Mamy jednak nadzieję, że dożyjemy przełomu w tym temacie i wiele aspektów dzisiejszej rzeczywistości zmieni się na lepsze. Mamy nadzieję, że ostatecznie usiądziemy w spokoju w fotelach z pewnością, że będziemy mogli tu zostać.









238 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie