Czy Amerykanie są tacy jak o sobie mówią?

Aktualizacja: kwi 23


flaga usa kobieta

Ostatnio przewinęła mi się gdzieś treść, której autor stawia teorię, że istnieje spora rozbieżność pomiędzy tym do czego aspirują Amerykanie jako naród i co uważają za "amerykańskie", a rzeczywistością jaka panuje w Stanach Zjednoczonych. Być może nie mieszkamy jeszcze w Stanach zbyt długo, ale na pewno postawiona teza skłania do myślenia. Poniższe wywody to moja osobista percepcja i moje odczucia - nie uważam że mam absolutną rację, to jest po prostu moja subiektywna opinia na ten temat. Myślisz inaczej? Chętnie podyskutujemy!


Let's go!



Promiseland


globus ameryka

Od samego początku swojej historii Stany Zjednoczone miały być ziemią obiecaną, promiseland, nowym porządkiem świata, upragnionym Eldorado, marzeniem wszystkich podróżujących w te strony. Przez lata taka narracja dominowała zarówno wśród pierwszych mieszkających na miejscu pielgrzymów jak i wszystkich którzy czekali na swoje miejsce na łodziach zmierzających na drugą stronę Atlantyku. Taka narracja trwa do dziś i podobne przekonanie żywi się w wielu miejscach na ziemi. Ameryka - cudowna kraina, w której życie to bajka.


Sam zostałem niejako wychowany w takim przekonaniu. Lata dziewięćdziesiąte to było istne szaleństwo na punkcie Ameryki. Wszystko co było "made in USA" było cudowne i jedyne w swoim rodzaju. Niepowtarzalny klimat metropolii, luz i szpan, nowoczesność, wielcy sportowcy, wielkie firmy, wielkie pieniądze. Amerykanie potrafili wzbudzać zazdrość całego świata i robili to z mega pompą. Rzeczywiście miałem przekonanie, że za oceanem dzieją się rzeczy wyjątkowe. Zresztą nawet o tym pisałem - możecie zajrzeć >tutaj< . Oprócz mnie w legendę o Stanach wierzyło jeszcze mnóstwo innych ludzi, którzy rzucali swoje dotychczasowe życie i wybierali się w podróż w jedną stronę - po marzenia.



Czym zatem jest Ameryka dla Amerykanów?


kobieta widok miasto

W moim przekonaneiu to przede wszystkim kraina wolności - a wolność każdy rozumie na swój sposób. Dla jednych najistotniejsza jest wolność wyrażania własnych opinii, niektórzy w słowie wolność widzą nieograniczone możliwości podróży, dla innych to po prostu swoboda w wyborze kim się jest, w co się wierzy, co wspiera itd. Amerykanie są wyczuleni na wszystko co ograniczna ich poczucie wolności - co zresztą świetnie było widać na początku pandemii, kiedy narastał wyraźny opór wobec obostrzeń i nakazów pozostania w domu. Amerykanie to wolny naród i tak właśnie lubią o sobie myśleć.


Dla wielu Amerykanów bycie "amerykańskim" to także rodzina, bliskość z krewnymi, tworzenie i aktywne uczestnictwo w mniejszych bądź większych społecznościach, czynienie dobra dla innych, poprawa jakości życia w swoim otoczeniu. Amerykanie wręcz kochają ten temat - mnóstwo organizacji charytatywnych, grupy sąsiedzkie, fankluby, grupy wsparcia, kółka zainteresowań i inne, tego nie da się policzyć. Amerykanie uwielbiają być częścią czegoś większego i z dumą o tym mówią.


W końcu USA to także kraj możliwości. Ileż było historii w stylu "od zera bohatera" w tym państwie? Ile wspaniałych opowieści, zrealizowanych marzeń, cudownych inicjatyw i wielkich osiągnięć ludzkości podpisano pod nazwiskami Amerykanów? Ilu ludzi przybyło tutaj z niczym i odniosło piorunujący sukces? Oczywiście pytania są retoryczne, wszyscy wiemy że jest tego mnóstwo. Dolary leją się ulicami i alejkami, piękne wieżowce rosną w oczach, a posiadłości w eksluzywnych dzielnicach sprzedają się jak świeże bułeczki. Rynek i gospodarka są jak wygłodniały potwór, który wciąga każdy solidny pomysł i obdarza autorów milionami. Wszystko tutaj jest najlepsze, najdroższe i najwspanialsze.



Co zatem może być nie tak?


flaga amerykańska

Wspomniałem wcześniej o tym, że istnieje pewna rozbieżność pomiędzy tym co Amerykanie twierdzą, a rzeczywistością. Rozłóżmy to na kilka przykładów.


Wolność? Amerykanie kochają to słowo, ale czy ta wolność wciąż ma swoją siłę i ten sam przekaz? Spójrzmy na pracę. Ameryka stoi korporacjami. Ameryka żywi się milionami pracowników ogromnych międzynarodowych firm, którzy spędzają większość czasu przykuci do komputerów, zawaleni robotą, odcięci od rzeczywistości, czekający na urlop tylko po to, żeby leżeć w domu i nic nie robić, nabrać sił żeby wrócić i znowu za!#@$alać od rana do nocy. Korporacja to okrutna machina, ale to nie tylko korporaccyjna przypadłość. A skoro już mowa o urlopie...


Jak to możliwe, że w "krainie wolności" niektóre firmy w ogóle nie oferują czegoś na wzór urlopu? Jeśli masz 10-15 dni urlopu w roku to niektórzy powiedzą Ci "jesteś mega szczęściarzem, my nie mamy NIC"! Sorry, ale to brzmi jak więzienie. To o co chodzi z tą wolnością? Wolność to weekendy? Wolność to czas po pracy (którego masz trochę jeśli nie robisz bezpłatnych nadgodzin)? Może wolność nie mierzy się już w jednostkach czasu, tylko pieniędzy? Tylko po co te pieniądze jeśli nie ma czasu na ich wykorzystanie? Po co pieniądze, jeśli Twoje życie to ten sam schemat, dzień w dzień, przez lata...


Z tematu pracy gładko przejdziemy do tematu rodziny. Znacie to pewnie z filmów - ojciec zaniedbuje rodzinę, bo pracuje od rana do nocy, czasami sypia nawet w swoim biurze gdzieś na krześle czy podłodze. Obiecuje dziecku pojawić się na najważniejszym dla niego meczu baseballowym i oczywiście zawodzi - znowu przez pracę. To nie jest przypadkek, że takie sceny odgrywane są w filmach regularnie - to jest amerykańska kultura pracy, amerykańskie poczucie odpowiedzialności ze obowiązki, które na nich ciążą. Oni nawet uważają to za coś szlacheckiego, niezwykle imponującego, budzącego ogromny szacunek. Dla wielu Amerykanów praca to misja. I rozumiecie, nie ma w tym nic złego ... dopóki nie odbija się to na życiu prywatnym.


Brak urlopu, praca po nocach, nieobecność w życiu rodziny, co jeszcze?


Jednym z tematów, które mocno nami wstrząsnął jest temat ciąży i zwolnienia z pracy. Jesteśmy wychowani na standardzie gdzie kobieta w ciąży może zawiesić obowiązki zawodowe nawet na około 2 lata. Kiedy Amerykanie słyszą o takim zwolnieniu to nie chcą uwierzyć - to niemożliwe! Jak firma może puścić kobietę wolno na 2 lata i ciągle płacić pieniądze? Ale chwileczkę... Czyż narodziny dziecka nie są jednym z najważniejszych momentów życia? Czyż to nie jest wielkie rodzinne wydarzenie? Dlaczego zatem miałoby być inaczej? Dlaczego bliskość matki z dzieckiem ma być natychmiastowo odbierana po narodzinach ze względu na obowiązki zawodowe? Gdzie ta cudowna wizja skupieniu na rodzinie, poświęceniu dla niej, stawianiu jej na piedestale itd? Czy rzeczywiście widok kobiety w zaawansowanej ciąży ledwo przemieszczającej się pomiędzy ustawionymi ciasno biurkami to normalna rzecz dla wszystkich? Coś tu nie gra...


I tu przechodzimy do tematu zdrowia, a dokładniej prywatnej służby zdrowia. Pytaliśmy dziesiątki, a może nawet setki razy - jak to możliwe, że dzień pobytu w szpitalu może kosztować 4000$? Jak to możliwe, że zwykłe badanie krwi kosztuje 1000$, wsadzenie złamanej nogi w gips 5000$? Jak to możliwe, że przychodnie i szpitale naliczają rachunki rzędu 15000$ za szereg prostych badań po stłuczce samochodowej? Jak to możliwe, że nie ma żadnego ubezpieczenia ogólnego, które pokrywałoby jakoś te horrendalny kwoty i dało ludziom poczucie bezpieczeństwa?


Stara jankeska prawda brzmi - nie masz dobrego ubezpieczenia zdrowotnego to lepiej nie choruj w USA. Najlepiej to nie rób nic głupiego, idź po prostu do pracy, wróć z pracy, legnij na kanapie, obejrzyj mecz, wypij piwo, pójdź spać - powtórz następnego dnia. Nawet nie myśl żeby pograć z dzieckiem w piłkę na podwórku albo powygłupiać się trochę - chyba, że sam sobie złożysz złamaną nogę. Widzieliśmy wiele razy osoby proszące o pieniądze gdzieś na skrzyżowaniach ruchliwych ulic. Na kartonowym prostokącie napisano "żona spędziła miesiąc w szpitalu, zabrali nam wszystkie pieniądze, potrzebujemy na chleb". Liczysz sobie - miesiąc w szpitalu, nocka 5000$, mnożysz razy trzydzieści dni i robi ci się słabo. Myślisz sobie jak to możliwe żeby pobyt w szpitalu rujnował życia? Najwyraźniej tutaj jest to normalne. Gdzie zatem ta całą piękna wizja opieki, wspólnoty, pomagania sobie, czynienia życia lepszym dla otoczenia? Dunno...



Uff...


flaga amerykańska

To tylko kilka przykładów z listy, którą zapewne można solidnie rozwijać o kolejne przypadki. To nie jest oczywiście standard i to nie jest tak, że w Ameryce nie da się dobrze i spokojnie żyć. My jesteśmy adekwatnym przykładem - mamy dobrą pracę, dobre ubezpieczenie i nawet kilka dni urlopu. Nie jeździmy w podróże z duszą na ramieniu i nie boimy się wyjść na zewnątrz. W tym wywodzie bardziej chodzi o to, że rzeczywiście bywa tak, że to co myślą Amerykanie o sobie i o swoim kraju czy systemie czasami nie ma odzwierciedlenia w realiach. Oczywiście wiele z tych rzeczy gdzieniegdzie ma swoje odzwierciedlenie, istnieje wiele wspaniałych organizacji, ludzie wiodą życie jak marzenie, realizują swoją definicję wolności itd. Kłopot nie tkwi w rozumieniu tego w odniesieniu do poszczególnych jednostek, lecz do społeczeństwa amerykańskiego jako całości. Mimo wszystko to kraj ogromnych kontrastów.


Zastanawia nas tylko czy Amerykanie uważają to za normalne? Wiele krajów na świecie może świecić przykładem kiedy porówna się wspomniane tematy i zobaczy jak zostały one rozwiązane systemowo. Amerykanie mogliby czerpać z tego inspiracje, przekonać się ile jest możliwości poprawy jakości życia swoich obywateli, ale chyba nikomu nie jest do tego śpieszno. Najbardziej zaskakują nas kwestie rodzinne i kwestie opieki - jest to dla nas mega, mega nieamerykańskie podejście, które mocno kłóci się z przekonaniami na temat Amerykanów i Ameryki w ogóle. Ale prawda jest też taka, że Amerykanie są mistrzami w cudownych i porywających przemowach, są wyjątkowo uzdolnieni w kwestii inspirowania się nawzajem, dzielenia górnolotnymi ideami, czasami wręcz wydaje się że to wszystko czego potrzebują. Tylko właśnie, w teorii brzmi to świetnie tylko brakuje jeszcze pokrycia w rzeczywistości...


Macie podobne przykłady? Podzielcie się z nami!






Ostatnie posty

Zobacz wszystkie