top of page

Na rozdrożu - gdzieś pomiędzy Polską a USA. Wrażenia po wizycie w Polsce.

znak drogowy z górami w tle

"Nie wiesz już jak wrócić do domu po tym jak zamieszkałeś za granicą. Zmienił się Twój mindset i Twoje spojrzenie na życie. Wracając do domu czujesz jakby świat zatrzymał się w miejscu i trochę z niego wyrosłeś. Nie potrafisz wejść z powrotem w stare buty. Teraz jesteś w potrzasku, gdzieś pomiędzy dwoma miejscami - zbyt inny żeby wpasować się z powrotem w domu, lecz nadal nie do końca pasujący do nowego miejsca. Czujesz jakbyś stracił poczucie przynależności, wyrwałeś korzenie które nie wrosły z powrotem, serce rozpadło się na części i jest go po trochu po każdej stronie."

Tak sobie myślę, że nie trzeba nawet nic więcej pisać bo powyższa sentencja wszystko wyjaśnia. Z podobnymi przemyśleniami wróciliśmy właśnie z Polski po naszej pierwszej wspólnej wizycie od wielu lat. Dwutygodniowy maraton zapewnił nam pełną gammę emocji i mnóstwo wrażeń, podróżowaliśmy przez wspomnienia i opowieści o starych, dobrych czasach. Polskę opuszczaliśmy z ciężkim serduchem (jak to przy pożegnaniach) ale w Stanach czekało na nas życie ... no i nasz piesek :) Długi lot na drugą stronę świata zagwarantował trochę czasu żeby pomyśleć o wszystkim w spokoju.


starówka Wrocław, stare miasto, architektura
Takich miejsc Amerykanie mogą nam tylko pozazdrościć

Czy Polska się zmieniła?


Nie tak bardzo jak to sobie wyobrażałem. Oczywiście tu i tam wzniosły się nowe budynki i zmieniły nieco krajobraz, jeżdżą inne samochody, więcej biur dookoła, trochę więcej międzynarodowej mieszanki w dużych miastach (tak powiedziałbym amerykańsko nawet), na ulicach słychać różne języki, przy autostradach stanęło mnóstwo wiatraków, nowe imponujące drogi w końcu oddane do użytku, gdzieniegdzie czuć powiew świeżości, bywa nowocześnie i imponująco. Ale to również wciąż ta sama Polska, którą doskonale pamiętam - te same bloki z wielkiej płyty z zamontowanymi domofonami, stare wieżowce, mieszanka nowoczesnej architektury, pięknych zabytkowych budowli i post-komunistycznej, szarej betonowej technologii. Nadal przy drogach i na blokach wisi zbyt wiele reklam i ogłoszeń. Oprócz tego to również te same piękne kolorowe pola, lasy, świetna czerwcowa pogoda i mnóstwo znajomych miejsc, które fajnie było zobaczyć po latach.


Przez pierwsze dwa-trzy dni przeżyłem trochę szoku kulturowego i musiałem "wgryźć się" w ten polski klimat. Trochę uświadomiłem sobie, że w Północnej Karolinie żyje się jak w jakimś sanatorium - powolne tempo, spokój, zwykle uśmiechnięci i otwarci ludzie, pozytywna atmosfera na ulicach czy w sklepach, żadnej spiny, żadnej takiej cichej konkurencji, mierzenia wzrokiem, patrzenia sobie po samochodach, oceniania. Przyznaję - takie otoczenie jednak trochę "rozmiękcza" człowieka i odzwyczaja od innych standardów.


My polacy nadal jesteśmy nieco zbyt poważni, mało komunikatywni (w porównaniu z mieszkańcami NC), suniemy ulicami z zaciętymi twarzami, co któraś osoba wygląda jakby była na coś wk%rwiona. Mierzenie wzrokiem, mało entuzjazmu, jakieś takie niezadowolenie unosi się w powietrzu. Nie krytykuję tego bo wiem, że w wielu sytuacjach jestem dokładnie taki sam. Wiem też, że takie nastawienie nie wzięło się u nas tak po prostu. Jest jak jest, ale mimo wszystko po dłuższej przerwie potrzebowałem chwili żeby z powrotem poczuć się swobodnie w tym świecie.


Przypomniała mi się pewna rozmowa z jednym z moich managerów jakiś czas temu. Kiedy zaprzyjaźniliśmy się nieco bliżej to powiedział mi, że na początku jak pojawiłem się w Stanach to myślał że jestem ... "gburowaty" :) Tłumaczył to tym, że mało się uśmiechałem, mówiłem niskim i ciężkim tonem, jakbym miał o coś pretensje. Myślał, że jestem non stop niezadowolony albo obrażony. Najlepsze jest to, że ja naprawdę starałem się być miły i otwarty - na tyle na ile było to dla mnie możliwe. Chciałem żeby ludzie w pracy mnie polubili. Po prostu nie mam w głosie tyle entuzjazmu co oni, nie składam pięknych zdań i dla Amerykanina może to brzmieć dziwnie. Wychodzi na to, że powinienem wtedy starać się trochę bardziej (chociaż dzisiaj myślę już o tym inaczej i nie mam do siebie pretensji).

wrocławski rynek, wrocław stare miasto

Któregoś dnia po śniadaniu usiedliśmy sobie na niemal pustym wrocławskim rynku i wtedy zrobiło nam się sentymentalnie i jakoś tak ciężko na duszy. Pomyśleliśmy, że mimo tych przywar i innego sposobu bycia ludzi to wszystko w Polsce jest takie "nasze" - dobrze znane, swojskie, przerabiane latami, w pewnym sensie bliskie sercu. Rozmawialiśmy po polsku, załatwialiśmy sprawy po polsku, reklamy, billboardy, menu w restauracjach - wszystko po naszemu. Tutaj też mamy niemal wszystkich swoich przyjaciół, rodzinę i wiele rzeczy które zostawiliśmy lata temu kiedy przyszło nam się przeprowadzać za ocean. Znajome sytuacje, znajome zakamarki miast, te same ulice, znajome obrazy, ten sam mental. Nie dało się ukryć, że jesteśmy właśnie stąd i że przylecieliśmy "do siebie".


Zdaliśmy sobie też sprawę, że podczas naszej nieobecności życie w Polsce potoczyło się swoim torem, życie znajomych i rodziny również, pominęliśmy wiele okazji i ważnych sytuacji, przestaliśmy być na bieżąco - i tego nie da się już odzyskać. Zrozumieliśmy, że powoli gdzieś to się rozjeżdża. Nie mamy możliwości bycia w Polsce co miesiąc. Nasze życie też podąża swoimi ścieżkami - na innym kontynencie, w innych okolicznościach, z innymi problemami. Naszą uwagę skupiają na co dzień inne realia. To wszystko sprawia, że pomiędzy tymi dwoma światami tworzy się coraz większa przepaść. Pogubiliśmy to wszystko gdzieś po drodze i teraz jedynie cieszymy się urywkami tamtej rzeczywistości podczas naszych rzadkich i krótkich wizyt. Czasami to boli.



amerykańskie osiedle domków, dom jednorodzinny
sweet home Carolina...

(Nie do końca) Nasza Ameryka


W Północnej Karolinie żyje nam się dobrze, nie możemy aż tak bardzo narzekać. Mieszkamy w pięknych okolicznościach, mamy dobrą pogodę, generalnie miłych ludzi dookoła, w miarę dobre prace i jest tu ogólnie pozytywnie. Problem w tym, że nie czujemy się jeszcze jak "tutejsi" i czasami zastanawiamy się czy to w ogóle kiedyś nastąpi. Może 8 lat to za krótki okres na to żeby zapuścić korzenie w nowym miejscu, a może już zawsze będziemy czuć się w Stanach jak obcy. Na pewno emigranci z dłuższym stażem mogliby tu pomóc i podzielić się swoimi przemyśleniami.


Język angielski nie sprawia nam większych kłopotów na co dzień ale to jest wciąż słuchanie obcego języka, tłumaczenie sobie rzeczy w głowie i odpowiadanie nie po swojemu, załatwianie różnych spraw z ograniczonym zasobem słownictwa - no bo umówmy się - części samochodowych czy anatomii ludzkiego ciała nie uczymy się tak bardzo dokładnie na zajęciach językowych. Bywa to męczące, gdzieś tam czuć ten ciężar językowy, nawet jeżeli z każdym kolejnym razem jest nieco łatwiej. Do tego nieustanne pytania "skąd ten akcent?" przypominają że jednak nie jesteśmy stąd, takie trochę wytykanie palcem - chociaż wiemy, że nikt nie robi tego specjalnie.


Amerykanie to także trochę inna kultura i też trzeba się do tego przyzwyczaić - ludzie są mili, owszem, ale mają swój sposób bycia. Wszystko jest OK ale czasami brakuje tej pewności, że to jest nasz nowy dom. Tak jak wspomniałem - może przyjdzie na to czas... a może ten moment nigdy nie nastąpi. Niekiedy czujemy się trochę jak w takiej dłuższej delegacji, nie u siebie, tymczasowo na wyjeździe, jakbyśmy zaraz mieli wracać. To budzi niepewność.


stary samochód na ulicy
Wbrew pozorom do amerykańskiej kultury też trzeba się przyzwyczaić

Czy umielibyśmy wrócić?


Nie wiem. Ciężko nam sobie wyobrazić powrót do Polski i kontynuację naszego "poprzedniego życia", przynajmniej na ten moment. Z chęcią wrócilibyśmy do "swoich ludzi", ale niekoniecznie do tamtego życia. Trochę się tego boimy, być może powrót do kraju kojarzyłby się nam z nieprzyjemnym uczuciem poddania się lub rezygnacji. Nie wiem, jest to skomplikowane.


Prawda jest taka, że osiem lat w Stanach mocno nas zmieniło. Przeżyliśmy mnóstwo różnych sytuacji, dobrych i złych. Dorośliśmy, zmieniliśmy się jako ludzie, zmieniły nam się poglądy na wiele spraw. Mamy trochę inną perspektywę, od lat mierzymy się z nieco innymi problemami. To także kształtuje człowieka w określony sposób i przykłada się do ogólnej zmiany.


Myślę także, że brakowałoby nam wyzwań. Nasza przygoda w USA dodała nam odwagi, pewności że jesteśmy w stanie poradzić sobie w innym miejscu i w innych okolicznościach. W przeszłości w Polsce wiele razy wątpiliśmy w siebie i nie byliśmy przekonani o swojej sile - głównie dlatego, że nie stawialiśmy czoła takim wyzwaniom jakie czekały na nas w Ameryce. Wiele spraw tutaj spadło na nas jak grom z jasnego nieba i musieliśmy się szybko odnaleźć, poradzić sobie, bo nikt nie zrobiłby tego za nas. Zresztą, byliśmy tutaj praktycznie sami.


Chwilami podczas ostatniego pobytu w Polsce wracały te trudniejsze wspomnienia z przeszłości i może tego też jakoś się obawiamy - że to wszystko jakimś sposobem wróci.


Wylatując z Polski osiem lat temu mieliśmy poczucie, że ruszamy w świat po coś więcej. Ciągnęło nas żeby iść do przodu, sprawdzić się. Chcieliśmy czegoś lepszego od życia, odkrywać nowe rzeczy i próbować nowych doświadczeń, gdzieś tam się spełniać i realizować. Mamy więc to, czego chcieliśmy. Wyzwania - choć nie zawsze przyjemne - zbudowały nam silny mindset i trochę też uzależniły. Powrót do dobrze znanego, starego świata trochę by nas tego pozbawił. Może to jeszcze nie czas gdzie słucha się serca i wraca do korzeni, może czujemy, że mamy jeszcze coś do zrobienia i nie jesteśmy gotowi na "zawieszenie rękawic". Jesteśmy wewnętrznie rozdarci i ciężko nam się jasno ustosunkować. Być może to nie jest jeszcze właściwy czas i potrzebujemy go trochę więcej zanim wszystko się wyklaruje.


znaki orientacyjne


Keep moving forward.. in the USA


W idealnym świecie moglibyśmy połączyć te dwa światy razem - naszą nową amerykańską rzeczywistość ze wszystkim co podczas myślenia o Polsce budzi tęsknotę i sentyment. Niestety nie jest tak łatwo, życie to sztuka wyborów i lekcja poświęceń. Po ośmiu latach od przeprowadzki czujemy się trochę zawieszeni pomiędzy dwoma kontynentami i nie do końca już wiemy, gdzie tak naprawdę przynależymy. Oczywiście czujemy się Polakami i jesteśmy z tego dumni ale tyle rzeczy wydarzyło się po drodze, że ciężko jest znaleźć solidny grunt w tym temacie. To jest bardzo niewygodne uczucie, które ciężko jest opisać słowami, ale myślę że nie jesteśmy jedynymi osobami, które się z tym zmagają. Nie jest to najprzyjemniejsze uczucie ale musimy podążać drogą, którą wybraliśmy.


Być może wkrótce coś się wyklaruje, coś się zmieni i rozwiążemy swój dylemat. Małymi kroczkami zbliżamy się ku obywatelstwu w USA, może to też będzie jakiś czas decyzji czy zwrotów akcji. Ostatnio w Stanach Zjednoczonych dzieje się również mnóstwo innych rzeczy - niekoniecznie dobrych - i kto wie, być może one też wpłyną jakoś na nasze decyzje co do przyszłości. Na ten moment - żeby nie zwariować - trzymamy się spraw bieżących i podążamy wybraną ścieżką, biorąc każdy dzień z osobna. Jak zwykle - pożyjemy, zobaczymy. Trzymajcie za nas kciuki.


Trzymajcie się!

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Komen


bottom of page