No roots, czyli gdzie ten dom?



Pożegnania nadal mogą być trudne. Człowiek próbuje zapamiętać ten moment, twarze, obrazy, tak żeby przez następny okres służyły jako wyraźne wspomnienia. To dopiero trzy lata, więc jak najbardziej ta chemia nadal mocno trzyma i zmusza nierzadko do głębszych przemyśleń. Ale za każdym kolejnym razem kiedy wracamy do Północnej Karoliny czujemy, że jest coraz łatwiej i czujemy się tu dobrze. To miejsce powoli staje się naszym domem.


Pamiętam jak wiele lat temu, w czasach liceum, znajomi zaczęli masowo wyjeżdżać za granicę w poszukiwaniu lepszych pieniędzy. Ja w tym czasie wciąż wierzyłem, że nauka da mi lepsze życie, bo tak mnie właśnie zaprogramowano. Pamiętam jak spotykałem tych ludzi na wakacjach w Polsce i jak straszyli mnie, że emigracja to straszne bagno i człowiek tęskni i płacze za dotychczasowym życiem. Wtedy nie miałem innego wyjścia jak wierzyć im na słowo, że właśnie tak jest. Zresztą miało to sens, a z ich oczu można było wyczytać prawdę. Nic więc dziwnego, że w momencie kiedy i ja w końcu miałem na dłużej opuścić Polskę rozmyślałem o tym i miewałem paraliżujące wizje. Przyjdzie mi się zmierzyć z poważnym wyzwaniem.


Fakt jednak jest taki, że ja do USA zawsze chciałem wylecieć. To nie był przymus, potrzeba, a wielkie marzenie. Fascynowałem się tym światem i gdzieś w myślach tworzyłem sobie alternatywny świat, w którym od dawna mieszkam za oceanem. Czułem, że mógłbym tam pasować, że amerykański styl bycia, kultura i podejście do życia mocno mi odpowiadają. Miałem wrażenie, że bardzo szybko się tutaj odnajdę i dam sobie radę. I w sumie niewiele się pomyliłem.


Odstawmy na bok tęsknotę za rodziną i znajomymi, bo to oczywista sprawa. W Stanach mieszkamy już 3 lata. Trzy lata - dużo, mało, subiektywna sprawa. Ale fakt jest taki, że niemal cały rok spędzamy za oceanem i do domu zjeżdżamy średnio raz do roku na krótkie dwu, trzytygodniowe okresy. Teraz tutaj toczy się nasze życie, Północna Karolina to nasze realia, tu pracujemy, po pracy robimy zakupy, planujemy weekendy, podróżujemy itd. I chociaż wciąż nie czujemy się tutaj w 100% jak u siebie, to nie tęsknimy już tak bardzo za dawnymi miejscami. Czujemy się trochę jak w kawałku Alice Merton, w którym śpiewa ona "I've got no roots [...]", bo nie do końca wiemy gdzie jest ten nasz dom w rozumieniu miejsca, do którego chcemy zawsze wracać. Słuchamy się myśli, że my jesteśmy swoim domem i jest on wszędzie , gdzie my jesteśmy razem - tia, takie se ale pomaga to ogarnąć. Coś w tym jest, chociaż nierzadko zastanawiamy się czy to normalne, że właśnie tak sobie to wszystko tłumaczymy.


Patrzymy sobie po znajomych i czasami jesteśmy zazdrośni o to, że ich życie jest już niejako poukładane. Ludzie mają swoje miejsce na ziemi, swój kąt, swoje realia i bije od nich spokój o to, że już nie muszą się tak bardzo męczyć. My nadal jesteśmy w gonitwie i ciągle mamy przeświadczenie, że nie zagrzaliśmy nigdzie miejsca na tyle, żeby planować pozostanie tam na dobre. Z jednej strony daje to poczucie wolności, jesteśmy przekonani, że moglibyśmy być wszędzie gdzie tylko chcemy na świecie, że nasze doświadczenia sprawiły, że pozbyliśmy się granic. Z drugiej strony chcielibyśmy w końcu mieć swoje gniazdo. Żyjemy w Morrisville z nadzieją, że być może tutaj uda się to w końcu osiągnąć.


Po trzech latach mieszkania za oceanem stworzyliśmy namiastkę swojego nowego życia. Mamy znajomych dookoła (nie tylko polskiego pochodzenia), mamy swoje ulubione miejsca, ulubione formy spędzania czasu, swoje sprawy do załatwienia i plany do zrealizowania. Budzimy się tutaj z poczuciem, że jest robota do zrobienia. Przez początkowy okres żyliśmy trochę "na walizkach" i nie bardzo chcieliśmy się rozpakowywać. Teraz jest zupełnie inaczej, mimo tego, że wciąż nie wiemy gdzie ostatecznie wylądujemy. Ale jest w porządku. Pomijając wszelkiego rodzaju problemy z jakimi na początku musieliśmy się mierzyć trzeba przyznać, że aklimatyzacja po tej stronie świata przebiegła nam całkiem spokojnie. W tym aspekcie się nie myliłem, rzeczywiście styl bycia Amerykanów bardzo nam odpowiada i było nam pewnie dużo łatwiej niż znajomym dziesiątki lat temu, kiedy lecieli za granicę do pracy tam, gdzie mówiono, że można zarobić pieniądze.


Myślimy sobie, że to naturalna sprawa kiedy rozsądek walczy z emocjami. Gdybyśmy byli pewni, że wszyscy nasi bliscy chcieliby zamieszkać w USA i mielibyśmy możliwości przetransportowania ich tutaj to pewnie zrobilibyśmy to w mgnieniu oka. Ale rzeczywistość jest inna, a USA to tak naprawdę nasza prywatna ambicja i nie każdy odbiera tą wizję w ten sam sposób. Ta walka umysłu i serca powoduje czasami, że czujemy się źle, że chcemy się poddać, że już wystarczy, dlatego właśnie chcemy jasno zadeklarować sobie, że dobrze jest jak jest, jesteśmy w dobrym miejscu, mamy świetne perspektywy i takie jest życie. Żeby coś zyskać trzeba czasem coś poświęcić. Oprócz oczywistych spraw poświęciliśmy też masę nerwów, stresu i ciężkich dni, ale koniec końców rozsądek podpowiada, że to była dobra decyzja i należy skończyć z katowaniem własnych głów. Life is life, trzeba robić swoje i spokojnie patrzeć w przyszłość. Bo jest po prostu dobrze.


Mnóstwo osób pyta nas gdzie jest lepiej? To bardzo trudne pytanie, wszędzie może być dobrze, wydaje się, że to okoliczności a nie miejsce decydują jak się czujemy. Jeśli mamy już odpowiedzieć na to pytanie - myślimy, że jeżeli byłoby nam źle, to byśmy pewnie wrócili.


Peace.





261 wyświetlenia
  • Czarny YouTube Ikona

AMERICAN STORIES @ 2018