Razem możemy wszystko, czyli społeczność po amerykańsku

Aktualizacja: 14 lip 2018


Grupka dzieciaków grających na konsoli w jednym z nowojorskich parków na Manhattanie


Po świecie krążą często przeciwstawne opinie na temat amerykańskiej społeczności. Z jednej strony wytyka się palcami nieudolność i ignorancję w kwestiach takich jak np. dysproporcje w zamożności, problemy rasowe, bezsilność wobec przemocy itd. Z drugiej strony chwali się obywateli USA za to, że potrafią się jednoczyć jak nikt inny, współpracować, razem walczyć o dobro swojego kraju. Mieliśmy okazję zaobserwować jak żyje ze sobą społeczność z okolic nowojorskich Lower East Side/Alphabet City i jak to wygląda naprawdę.


Był wieczór 4ego lipca, kiedy zmierzaliśmy w stronę John Lindsay East River Park, żeby obejrzeć pokaz fajerwerków przygotowany z okazji amerykańskiego Święta Niepodległości. Niemal całe wybrzeże Manhattanu od strony rzeki East River zostało zamknięte i obsadzone setkami policjantów, tak aby mieszkańcy Nowego Jorku w spokoju mogli obejrzeć to wspaniałe widowisko. Z jednej strony czuło się trochę strach, no bo byliśmy przecież w Nowym Jorku, wielka impreza, wielkie święto, tyle złego w telewizji pokazywano, jakiś dreszcz emocji krążył po ciele. Z drugiej strony to jak pracowała policja i ilu funkcjonariuszy pilnowało porządku dawało do zrozumienia, że kwestię bezpieczeństwa bierze się tutaj jak najbardziej na poważnie.


"Panowie, pełna koncentracja dzisiaj, skrzydła ustawiamy szeroko, formacja 3-5-18. Gonzales i Kubrick ofensywnie ,reszta trzyma linię i pilnujemy bramy".


We wspomnianym parku zebrała się ogromna liczba ludzi. Z tego co usłyszeliśmy z toczących się rozmów niektórzy spędzali nad rzeką cały dzień, inni niespełna kilka godzin, pozostali - tak jak my - dopiero pojawiali się na miejscu. I tu dochodzimy do sedna treści. Byłem wręcz zauroczony tym jak ta społeczność zorganizowała się, aby wspólnie celebrować ten wyjątkowy dzień dla Ameryki. Na terenie parku rozłożone były setki koców, krzesełek i stolików. Z bezprzewodowych głośników leciała muzyka różnej maści, przy której obcy sobie ludzie tańczyli razem, stukali się drinkami w plastikowych kubkach i rozmawiali na różne tematy. Ludzie witali się ze sobą serdecznie, siadali razem w grupkach, opowiadali skąd przyjechali, czym się zajmują, co ich sprowadza do Nowego Jorku. Zero jakiejś negatywnej energii, patrzenia spod byka, niechęci, komentowania czy prowokowania. Dzieciaki grały w baseball, piłkę nożną (tak, grali w soccer :D) czy inne gierki, gdzieś tam właściciele psów urządzali sobie mini zawody dla swoich pupili, obserwowane zresztą przez spore grono zainteresowanych. Niektórzy nowojorczycy przytargali ze sobą grille, na których piekły się kurczaki, szaszłyki, kiełbaski i inne pyszności. I nie to, że robili to dla siebie i tyle, zablokowali ze wszystkich stron lodówkami turystycznymi, które jasno definiowały granice "terenu prywatnego". Oni normalnie sprzedawali to jedzenie innym ludziom, smażyli strawę, tak aby inni nie musieli latać po osiedlu i szukać spożywczaka, tylko na miejscu mogli wrzucić coś na ząb. Nikogo nie interesowało czy robią to legalnie czy nielegalnie, ludzie podchodzili i kupowali żarcie, jeśli mieli tylko ochotę. I to jeszcze nic, bo nawet policjanci kupowali od tych ludzi przekąski! Żadnego marudzenia a czy to legalne, a czy ma pan papiery, a czy firma zarejestrowana, a VAT pan sobie liczysz, a sanepidy były, że trzeba jechać na komendę wyjaśnić to i owo itd. Oprócz masterszefów byli też inni przedsiębiorcy sprzedający czapki, balony, koszulki, gadżeciki typu okulary, bransolety itd., wszystko w amerykańskich barwach. I znowu, pełen luz, żadnej kontroli, żadnego męczenia i dzwonienia po cichu ze skargą, że "ktoś tam operuje na czarno" czy coś. Jest okazja dorobić trochę grosza to dajmy ludziom dorobić, pełen luz i szacuneczek, wszyscy jedziemy na tym samym wózku, pomagajmy sobie itd. To jest Ameryka! Jedni się bawią, drudzy korzystają z okazji, proste. W jednym z punktów parku zebrała się grupka dzieciaków, którzy przynieśli ze sobą telewizor, konsolę Nintendo i naparzali w jakąś bijatykę (na moje oko Super Smash Bros, ale nie jestem pewny). Ten gościu po lewej stronie poniższego zdjęcia dołączył się do chłopaków z innej grupy i pykał razem z nimi kilka rundek.





Było to dla mnie coś fascynującego. W tym zatłoczonym miejscu czuć było prawdziwą jedność, wspólnotę. Ci ludzie nie zwracali uwagi na nic innego jak tylko na dobrą zabawę, czuli ze sobą głęboką więź, tak jakby wszyscy byli sobie równi. Dzielili się miejscem ze sobą, dzielili się jedzeniem ze sobą, obcy sobie ludzie siedzieli razem i rozmawiali, zbijali sobie piątki, żartowali, spędzali wspólnie czas. W tamtej chwili poczułem, że tak bardzo chciałbym jakoś do tego przynależeć, też być częścią tej społeczności. U nas kiedyś też tak było, jak byliśmy dzieciakami. Dopóki życie nie pocięło naszych dróg na drobne ścieżki, którymi kroczymy teraz, często sami, to też tak się spotykaliśmy, nasi rodzice też tak się spotykali, osiedlowe place zabaw były głośne i radosne, społeczność w pewien sposób żyła i funkcjonowała razem, nie było takiego odosobnienia, samotności, tyrania przez życie z zafrasowaną miną. Właśnie tutaj, w East River Park znowu poczułem, że tęsknie za tamtymi czasami, za tamtym klimatem, że strasznie mi tego brakuje. Ci ludzie byli w naszym wieku lub nawet dużo starsi, a wciąż żyją tak, jak my za młodych lat, jakby czas stanął w miejscu w najlepszym momencie ever. Dzisiaj siedzę kilka tysięcy kilometrów od domu, patrzę na tych szczęśliwych ludzi i wspominam tamte piękne lata 90te i zadaję sobie pytanie czy jest szansa, że kiedyś wszyscy otrząśniemy się z tego szaleństwa i spotkamy na tych ławkach, jak kiedyś?


Życzyłbym tego sobie z całego serca, tymczasem kończę szklankę Old Grand-Dad i zamykam kolejny dzień. Zobaczymy co przyniesie jutro.


Na koniec jeszcze "takie tam" z nowojorskich fajerwerków ;)



132 wyświetlenia
  • Czarny YouTube Ikona

AMERICAN STORIES @ 2018