Nasza droga do Green Card



statua wolności statue of liberty

Wyobrażalismy sobie ten dzień na milion różnych sposobów. Wyobrażaliśmy go sobie zanim jeszcze postawiliśmy pierwszy krok na amerykańskiej ziemi, kiedy to wysiedliśmy z samolotu na lotnisku Dulles w Waszyngtonie i poprowadzono nas do dziwnego, kosmicznego pojazdu, który unosił się raz górę, raz wracał do parteru. Jeszcze pięć lat temu możliwość pozostania w USA na czas nieokreślony była tylko przyjemnym, dzikim i mało osiągalnym marzeniem. Teraz stało się to faktem. Jesteśmy permanentnymi rezydentami Stanów Zjednoczonych, otrzymaliśmy swoje "Green Cards".


Jeżeli mamy być szczerzy, gdybyśmy z jakiegoś powodu musieli przechodzić cały ten proces od nowa, gdyby wydarzenia potoczyły się nie po naszej myśli i czekałaby nas ta sama przeprawa - raczej nie podjęlibyśmy się tego ponownie. Nie zniechęcamy nikogo, nie każdy podzieli nasze doświadczenia, są osoby którym przyszło to łatwo i szybko, ale w naszym przypadku była to okropna katorga. Trochę wina czasów ale w większości to niestety struktura tego procesu.


Oto nasza historia Zielonej Karty.



Trudne początki
samolot na niebie

Problemy pojawiły się już na samym początku procesu, w połowie 2019 roku. Naszą sprawą Zielonej Karty zajmowała się duża korporacja prawnicza, która na każdym etapie drogi uświadamiała nas, że w Ameryce trzeba jednak mieć swoich sprawdzonych prawników. Wytłumaczymy Wam to poniżej, a o detalach pogadamy kiedy indziej.


Pierwszy etap rozpoczęliśmy z opóźnieniem. Od momentu wydania zgody na sponsorowanie naszej Green Card (będziemy ją opisywać w skrócie "GC") do zaaplikowania pierwszej petycji - tak zwanego PERM - minęło zdecydowanie więcej czasu niż było to konieczne. Byliśmy wtedy zagubieni, zestresowani, dopytywaliśmy o każdy szczegół, próbowaliśmy odnaleźć się w całym tym przedsięwzięciu i próbowaliśmy też w pełni polegać na prawnikach zajmujących się naszą sprawą. Dokumenty składaliśmy niemalże od razu jak tylko została wysłana do nas prośba. Wszystko dostarczone w oka mgnieniu... a potem cisza. Brak konkretów, brak postępów w sprawie, wymijające tłumaczenia. Wreszcie w okolicach lipca 2019 roku otrzymaliśmy potwierdzenie, że nasza aplikacja została nareszcie złożona w DOL.



Pozwolenie na pracę w USA
amerykańska flaga american flag

Minęło kilka dobrych miesięcy i pod koniec 2019 roku aplikacja została zaakceptowana. W tym momencie teoretycznie mogliśmy przystąpić do procesu właściwego, czyli do złożenia wszelkich niezbędnych papierów, w tym wniosku o przyznanie GC. Ale znowu nastała cisza...


Nasze wizy wstępnie wygasały w czerwcu 2020 roku ale istniała jeszcze możliwość przedłużenia ich o kolejne 2 lata. Było to istotne z punktu widzenia naszej kariery zawodowej, bo niebawem wygasał dokument EAD, który upoważniał Pam do pracy w USA. Nasi prawnicy zapewniali nas, że możemy to zrobić kiedykolwiek przed wygaśnięciem wizy. Ustawiliśmy się na wakacje w Polsce i wizytę w ambasadzie w maju... i nagle pod koniec stycznia afera.


Dostaliśmy informację, że nasi prawnicy spóźnili się o dobre kilka miesięcy ze sprawami które nie cierpiały zwłoki. Ale to jeszcze nic, okazało się również, że musimy w trybie pilnym lecieć do Polski i jak najprędzej przedłużyć nasze wizy w ambasadzie. Każdy kolejny dzień to wydłużony czas oczekiwania. Problemem była karta EAD Pam, która mogła być przedłużona tylko jeśli wiza będzie posiadać nowy terming ważności. Czas oczekiwania na EAD? Nawet do kilku miesięcy. Dokument EAD wygasał w ciągu dwóch miesięcy...


Długo się nie zastanawialiśmy, kupiliśmy w biegu bilety za horrendalną cenę (do tego płaciliśmy z własnej kieszeni) i z końcem stycznia polecieliśmy do Polski. Musieliśmy równie szybko wracać i przedłożyć nowe wizy tak żeby można było zaaplikować wniosek o przedłużenie karty EAD, o której już wtedy wiedzieliśmy że nie przyjdzie na czas. A to oznaczało tyle, że Pam nie będzie mogła pracować dopóki nowy dokument nie zostanie dostarczony.


Żeby dołożyć do pieca chwilę później przyszedł COVID. Zdążyliśmy załatwić sprawy dosłownie na chwilę przed całym tym dramatem. Dwa tygodnie po naszym powrocie zaczęły się lockdowns, firmy przestały funkcjonować, urzędu państwowe także. Nie winimy USCIS za cały chaos jaki na samym początku spowodowała pandemia, ale z czasem zaczęto używać tego jako wymówki w każdym możliwym przypadku. USCIS do tego stopnia chował się za tym problemem, że ostatecznie drogą sądową nakazano im przestać sciemniać i wziąć się do roboty. Cały ten epizod sprawił, że okresy procesowania dokumentów wydłużyły się do absurdalnych terminów. Nasza aplikacja i progres w sprawach imigracyjnych stanęły w miejscu na rok czasu. Oczywiście karta EAD nie przyszła na czas i Pam musiała się zwolnić i została bez możliwości podjęcia jakiejkolwiek pracy. Nasi prawnicy na wieść o tym, że nie dopilnowali terminów odpowiedzieli:

"We understand, we can only apologize for that."

Nie no super k#@!a, tylko kto nam odda stracone pieniądze, koszty wariackiej podróży do Polski, kto nas zapewni, że Pam będzie mogła wrócić do tej samej pracy czy będzie musiała szukać czegoś nowego i ewentualnie jak szybko znajdzie nową pracę? To już nikogo nie obchodziło. Nic z tym również nie można było zrobić, jedynie przełknąć gorycz, uspokoić nerwy i cierpliwie czekać na rozwój wydarzeń.



Ostatnia, długa prosta
amerykańska flaga american flag

W lutym 2021 roku nareszcie nasze aplikacje o Zielone Karty zostały oficjalnie złożone w USCIS. Wraz z dokumentami imigracyjnymi złożony został również kolejny wniosek o przedłużenie karty EAD dla Pam (już nawet zgubiliśmy rachubę ile tych EAD było łącznie).


W tamtym momencie nie pozostało nam nic innego jak opanować frustrację i czekać na postęp w procesie. Tymczasem terminy na stronach USCIS zamiast postępować to oddalały się coraz dalej. Na pewnym etapie przewidywany czas przekraczał już terminy ważności naszych wiz. Zaczęła się kolejna góra stresu. Poprosiliśmy o złożenie wniosku o tzw. Premium Processing, który mógł dość radykalnie przyspieszyć czas procesowania niektórych dokumentów. Prośba została odrzucona. Próbowaliśmy dowiedzieć się czegoś w samym urzędzie - ale dodzwonić się tam i dowiedzieć się czegoś konkretnego graniczy z cudem. Ogólnie to jest jak jest i inaczej nie będzie, proszę nie dzwonić. Cześć.


Pierwszym etapem drugiej części procesu miało być spotkanie w celu pobrania odcisków palców, tzw biometrics. Według tabelek zaproszenie powinno przyjść po 6 tygodniach - przyszło po 8 miesiącach, więc rozumiecie chyba jakie dawało nam to odniesienie co do innych procesów, które miały się toczyć nawet półtora roku. Do tego przyszła tylko jedna wiadomość, dla Zoli. Drugie potwierdzenie dla Pam przyszło w grudniu, dwa miesiące później. W takim tempie nie było szans żebyśmy zdążyli ze wszystkim na czas. Poprosiliśmy raz jeszcze o rozważenie Premium Processing, które ponownie zostało odrzucone.


Nastąpiła kolejna długa przerwa w jakimkolwiek postępie w sprawie. Dosłownie wszystko umarło. Terminy procesowania leniwie toczyły się do przodu, czasami przyspieszały, a potem cofały się jeszcze wcześniej niż były. Bałagan jaki panował w USCIS jest trudny do opisania, zero chronologii, zero systemu prowadzenia dokumentów. Telefony do nich były bezużyteczne. Próbowaliśmy wszystkiego dookoła, kontaktowaliśmy się z kolejnymi prawnikami prywatnie i próbowaliśmy ustalić czy jest chociaż cień szansy żeby cokolwiek przyspieszyć. Zupełnie przypadkiem - bo z social media - dowiedzieliśmy się, że możemy zrobić wszystkie konieczne badania i dosłać je do naszych aplikacji, dzięki czemu być może udałoby się ominąć tak zwane RFE - Request for Evidence i zyskać trochę czasu. Napisaliśmy do prawników, na co otrzymujemy odpowiedź:


No oczywiście że możecie zrobić badania, wyślijcie je później do nas i my dorzucimy wszystko do aplikacji

Myśleliśmy że wyjdziemy z siebie. NO TO CZEMU K!#@A NIC NAM NIE MÓWILIŚCIE?! Zrobiliśmy naprędce badania, kolejne koszty poszły. I znowu nastała cisza. Po jakimś czasie upewniliśmy się, że badania dotarły na miejsce i że wszystko jest w porządku. Proces dalej toczył się swoim żółwim tempem.


Kolejny trudny moment nastał w marcu tego roku, kiedy nagle przyszła wiadomość, która brzmiała mniej więcej tak:


"Wiecie co, śmieszna sprawa ale chyba jednak musimy Wam zrobić ten Premium Processing bo istnieje ryzyko, że karty nie przyjdą na czas. Problem w tym, że teraz kosztuje to prawie 3x więcej i musimy dostać odgórną zgodę na opłacenie tego i dodania nowych kwot do całego budżetu Zielonej Karty"

Ręce opadły, dosłownie. Jakby mało było nam już nerwów i stresu. Teraz już nawet nie wiedzieliśmy czy w ogóle ten proces dojdzie do końca. Narady trwały kolejne miesiące, a my nic nie wiedzieliśmy...


W międzyczasie próbowaliśmy wszystkich możliwych metod, w tym kilkakrotnie składaliśmy wnioski o tzw. "expedite processing". Za każdym razem USCIS prosił nas o udokumentowanie naszej potrzeby przeyspieszenia procesu i za każdym razem odrzucał nas z biegu. Nawet wtedy, gdy mieliśmy poważny powód kiedy nasi dziadkowie mieli poważny wypadek i babcia wylądowała na oddziale intensywnej terapii. No mercy, mieliśmy siedzieć na dupie i czekać, nieważne co działo się w Polsce i czy dziadkowie wyjdą z wypadku bez szwanku. Niemoc rozrywała nam serca.


Raptem dwa miesiące temu cokolwiek ruszyło w naszej sprawie, mianowicie dostaliśmy informację że dokument I-140 został zaakceptowany. Niewiele to zmieniało bo w tamtym momencie najbardziej potrzebowaliśmy dokumentów EAD oraz AP (Advanced Parole) żebyśmy mogli zostać w USA po wygaśnięciu wizy a także wylecieć ze Stanów i odwiedzić wreszcie Polskę. O tym relikcie całego procesu jakim jest AP jeszcze napiszemy osobny wpis. Miesiąc później znowu pojawiła się nadzieja - przyszło EAD... ale tylko dla Zoli. Plusem był fakt, że była to karta combo więc zawierała EAD i AP razem, co znaczyło tyle, że teoretycznie Zola mógł już wylecieć ze Stanów. Wierzyliśmy głęboko że taka sama karta przyjdzie do Pam.


Kilka tygodni później przyszła karta EAD Pam i oczywiście nie była to karta combo więc Pam nadal nie mogła wylecieć z USA. Nosz k#@!a jego mać! Na tym etapie czuliśmy, że chyba przerasta nas to wszystko. Czuliśmy się uwięzieni, obdarci z godności, ignorowani i nieludzko traktowani. To był chyba moment kiedy mentalnie nie mieliśmy już mocy dźwigać kolejnych kłód. Wielokrotnie robiliśmy sobie nadzieje i za każdym razem dostawaliśmy po twarzy. Już nam się najzwyczajniej nie chciało.



Finisz!
stany zjednoczone ameryka flaga

W zeszłym tygodniu odebraliśmy pocztę, a w niej długo wyczekiwane Green Cards, więc nie potrzebujemy już żadnych EAD/AP i innych nie mających logicznego wyjaśnienia dokumentów. Trzyletnia mordęga dobiegła końca. Do niektórych złożonych aplikacji nie otrzymaliśmy nawet potwierdzenia, że zostały przeprocesowane i zaakceptowane, innymi słowy okazały się zupełnie niepotrzebne w całym tym porąbanym procesie.


Kiedy Pam przyniosła pocztę do domu i zakomunikowała że "special delivery arrived" to usiedliśmy na kanapie i skrupulatnie przejrzeliśmy każdy zawarty w mailu papierek żeby znowu się nie rozczarować. Na szczęście tym razem wszystko było w porządku. Pierwsze godziny były dla nas lekkim szokiem, jakbyśmy nie dowierzali że to naprawdę koniec i jest już po wszystkim. Czuliśmy się jakby nasz oprawca gdzieś zniknął ale my wciąż baliśmy się ruszyć i uwierzyć że jesteśmy wolni. Tyle nerwów kosztował nas cały proces i właśnie dlatego rozpoczęliśmy ten post od stwierdzenia, że drugi raz nie pisalibyśmy się na taką jazdę. I wszystko to opisujemy naprawdę w telegraficznym skrócie. Kondycja prawa imigracyjnego w USA dramatyczna o czym na pewno jeszcze Wam poopowiadamy.


Późnym wieczorem było już weselej i hucznie świętowaliśmy długo wyczekiwany moment. Do dziś ciężko nam uwierzyć, że mamy Green Cards w rękach. Ten kawałek plastiku zmienia u nas wszystko - koniec z totalną zależnością, koniec z ograniczeniami i regułami mówiącymi nam co możemy a czego nie powinniśmy robić. Technicznie Zielona Karta pozwala nam praktycznie żyć jak obywatele USA - z wyjątkiem możliwości głosowania w wyborach. W porównaniu z wizą pracowniczą L jest to krok milowy w komforcie funkcjonowania. Teraz wszystko teoretycznie leży w naszych rękach i nareszcie mamy okazję odzyskać trochę kontroli nad życiem.


Czy było warto? Kto wie, w trakcie procesu mieliśmy mnóstwo wątpliwości. Stwierdziliśmy jednak, że spróbujemy normalnego, pełnego życia w Stanach i wtedy zdecydujemy co dalej. Teraz pora nacieszyć się sukcesem, odpocząć, a później wracamy i zaczynamy "właściwy etap" naszej amerykańskiej przygody. Chociaż dziwnie to zabrzmi, ale czujemy, że to dopiero ten właściwy początek historii...







381 wyświetleń6 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie