Co nie spodobało nam się w Meksyku?



Wakacje w Meksyku były naprawdę spoko i pewnie chcielibyśmy tam wrócić, gdyby nie fakt, że na samych Karaibach jest mnóstwo innych miejsc, które też chcielibyśmy zobaczyć. Pod względem pogody, cen i ogólnej atmosfery bez wątpienia można uznać Tulum za kurort idealny do odpoczynku i wczasowania. Jednak pojawiło się również kilka rzeczy, które nie spodobały nam się do końca w kontekście wakacji i o tym chcielibyśmy Wam dzisiaj opowiedzieć :)



CHOROBA MORSKA, CZY RACZEJ MORZA



Plaże na wschodnich wybrzeżach Meksyku są przepiękne, nie ma co do tego wątpliwości. Drobny piasek, palmy, świeża morska bryza - aż chce się tam być. Jest jednak pewien "minus" wybierania się tam poza sezonem, a przynajmniej w pierwszej części roku, jak my to zrobiliśmy. Chodzi o ogromne ilości jakichś wodorostów wypluwanych przez morze na piasek. Nie rzuca się to w oczy na filmach czy zdjęciach, ale niestety wzdłuż wody leżą zasieki zielonego glono-czegoś. Pół biedy kiedy są świeże, bo można przez nie przejść bez problemu, ale jak tylko zaschną to wbijają się w nogi jak szpilki. Po pewnym czasie psuje to widok i zaczyna denerwować. Niektóre hotele czyszczą plaże przy swoich budynkach, ale w kwietniu - kiedy my byliśmy w Tulum - wyglądało to jak syzyfowa praca, poza tym tak czy siak po plaży ciągnęły się długie pasy zasuszonych krzaków. Dodatkowym problemem jest to, że w wodzie przy brzegu wręcz czujesz jak te rośliny czepiają się Twojego ciała - taki nieprzyjemny gryzący dotyk :)



Przeszkadza to również w nurkowaniu. Z czasem widok pływających w wodzie krzaków wręcz irytuje. Lokalni mieszkańcy mówili, że to dość niespotykane zjawisko w takiej ilości i że związane jest z "chorobą morza", które ciągnie do Meksyku z Brazylii. Zapewniano też, że w sezonie nie jest to problemem i w zasadzie znajomi, którzy byli tu jakoś w listopadzie nie wspominali o tym.



SUGEROWANE TIPY



Powiem tak - nigdy nie byłem fanem napiwków i długo spierałem się z filozofią "wspomagania" kelnerów dodatkowymi pieniędzmi w myśl "bo bez tego zarabiają prawie nic". Zawsze byłem zwolennikiem teorii, że pracownikom powinno płacić się godne pieniądze od samego początku, a dając napiwki ułatwiasz tak naprawdę sprawę właścicielowi restauracji, a nie kelnerowi. Mieszkanie w USA zmieniło moje podejście z racji tego, że tipy w Stanach są mocno zakorzenione w kulturze i bardzo naturalne. Jeżeli ktoś jest dla mnie miły, życzliwy i spędzam miło czas w asyście tej osoby to stwierdzę nawet, że sam pragnę zostawić coś od siebie. W Meksyku jednak bywa to denerwujące.


Pomińmy póki co kwestię zamożności Meksykanów i ogólnego stanu gospodarki, skupmy się na samej sprawie. Otóż panuje tam zwyczaj zakładania z góry tzw. "suggested tips", czyli sugerowanych z góry napiwków. No i takie wartości widnieją zwykle na rachunkach w meksykańskich restauracjach. Dla przykładu:


Good service - 15% of the price

Very good service - 20% of the price

Exceptional service - 25% of the price


No to mieliśmy taką sytuację - poszliśmy do jednej knajpy zjeść. Na samo przyjście kelnera czekaliśmy z 15minut, po czym rzucono nam menu i tyle. Po kolejnych 10 minutach pan z grobową miną przyszedł spisać zamówienie. Aha, w barze nie było tłumów :) No dobra, przyszedł - ani be, ani me, zapisał co chcemy i zniknął. Już na samym początku było słabo, bo przyniesiono najpierw jeden posiłek, a później drugi i tak jedna osoba nie wie co zrobić, jeść ciepłe samemu czy poczekać na drugą osobę i jeść zimne. Kelner zniknął w czeluściach lokalu i nijak było domówić do zestawu coś jeszcze. OK nevermind, zjedliśmy, czekamy i nikt nie przychodzi, więc podeszliśmy do lady i prosimy łaskawie o rachunek. Pan kelner przyszedł i zostawił rachunek. Wyszło jakieś 295 pesos, więc położyliśmy trzy stówki, pal licho tą piątkę reszty. Jeszcze nie zdążyliśmy odejść od stolika, a kartę z pieniędzmi zabrano. Dopijaliśmy wodę kończąc dyskusję, kiedy kelner do nas wrócił i pokazuje nam rachunek mówiąc, ŻE BRAKUJE PIENIĘDZY DO SUGGESTED TIPA. No myślałem, że wyjdziemy tam z siebie!!! Mimo iż tłumaczyliśmy, że po pierwsze jest to sugerowane, a poza tym poziom jego obsługi był słaby i w naszym mniemaniu nie ma powodów aby go zostawiać, ów człowiek wręcz nakazywał nam zapłacenie tego napiwku i przez moment zastanawiałem się czy w ogóle pozwoli nam wyjść z knajpy. Bardzo niemiłe doświadczenie, po którym poczułem ból w żołądku, jakby spożyte przed chwilą jedzenie było jakieś nieświeże czy zatrute.


Wróćmy do standardów. Rzeczywiście jest tak, że poziom zarobków w Meksyku jest tragiczny i wielu pracowników gastronomii utrzymuje się nad kreską tylko dzięki tipom i nawet chcecie być hojni, ale napiwki to niezmiennie forma gratyfikacji za dobry serwis i za darmo się tego nie rozdaje, bo ucieka wtedy cała idea. Niektóre restauracje w USA wymyśliły sobie np. że napiwki wlicza się w rachunek jako "obsługa stolika" i ich wysokość zależy od ilości osób przy stole, ale to tylko skutecznie odpycha od takich knajp. W Meksyku natomiast zanim jeszcze zjesz posiłek to już zaczynasz się martwić czy bez problemu będzie można opuścić lokal. Jest to naprawdę nieprzyjemne i o ile czujesz pewnego rodzaju ulgę (co jest doprawdy absurdalne), kiedy obsługa jest bardzo fajna i życzliwa, tak kiedy obsługuje Cię jakaś menda i nie masz zamiaru dawać choćby grosza więcej niż to ile widzisz w karcie, automatycznie zaczynasz obawiać się, że czeka Cię nieprzyjemna sytuacja na koniec. To potrafi popsuć humor i odbiera całą przyjemność z jedzenia. Bądźcie więc na to przygotowani.



TROPIKALNY KOKTAJL



Przed wylotem do Meksyku nie zastanawialiśmy się aż tak bardzo nad tematem chorób tropikalnych, chyba byliśmy zbyt zmęczeni w tamtym okresie, żeby utrudniać sobie wakacje jakimiś żołnierskimi zasadami. Byliśmy świadomi ewentualnych zagrożeń, ale nie ustrzegliśmy się kilku błędów.


Komary - w ciągu tygodniowego pobytu raz daliśmy się upierniczyć. Oczywiście to jeszcze nic nie oznacza, ale w głowie świta, że kurde co jeśli ten akurat miał jakąś zikę czy inne cholerstwo? A wyszliśmy dosłownie na chwilę poza pokój... Psikać się i psikać, cały czas!


Świeże owoce - przepyszne, soczyste, dojrzałe, płukane w lokalnej wodzie, w której też płynie sporo wirusów. Byliśmy tak pochłonięci jakością i smakami tych owoców, że dopiero po jakimś czasie pomyśleliśmy o tym ;) Potem już ciężko nam było zdecydować się na jakiś owoc tak po prostu - aczkolwiek też bez przesady, po prostu czasami nie decydowaliśmy się na nic, kiedy budka czy zaplecze nie wyglądały na zbyt zadbane.


Drinki - wiadomo, jak na wakacjach w ciepłych krajach to koniecznie schłodzone, orzeźwiające, pomagające chociaż na moment uchronić organizm od temperatur palącego słońca, na kostkach lodu. Niestety tak samo jak powyżej - kostki lodu z lokalnej wody to nie jest najlepszy pomysł ;) Warto zapytać barmanów czy przypadkiem nie mają schłodzonych soków albo coś, żeby później w razie jakichś rewolucji żołądkowych nie zastanawiać się czy czegoś nie złapaliśmy.



Piszę o tym, bo po powrocie z wakacji mieliśmy wrażenie, że coś się z nami dzieje. Pojawiły się czerwone plamki na nogach i mieliśmy problemy żołądkowe. Na szczęście okazało się, że plamy to reakcja skórna na nadmiar słońca, a problemy żołądkowe ustały po paru dniach. Tak czy siak przez ten czas zastanawialiśmy się czy jakieś cholerstwo nas nie dopadło. Do dziś nie jesteśmy pewni czy komary nie uraczyły nas Ziką, bo często jest bezobjawowa. Taki jest urok tropikalnych regionów, trzeba się z tym liczyć, odpowiednio przygotować, żeby mieć spokój.



SPOKOJNYCH WAKACJI WAM ŻYCZYMY


Na wakacjach za granicą zawsze należy uważać niezależnie od miejsca pobytu i Meksyk nie jest tu wyjątkiem. Powinniśmy pamiętać o kilku podstawowych kwestiach, żeby wyjazd nie okazał się porażką. Nie jest to nic wielkiego, ale te kilka prostych faktów na uwadze na pewno pomoże czuć się spokojniej podczas urlopu.


Do usłyszenia!

0 wyświetlenia
  • Czarny YouTube Ikona

AMERICAN STORIES @ 2018