Nowy Jork - spełniamy nasze największe amerykańskie marzenie (część 1)

Aktualizacja: 28 cze 2018


Jeżeli jakieś miejsce miało zweryfikować nasze postrzeganie Stanów Zjednoczonych to bez wątpienia musiał być to Nowy Jork. Top naszych amerykańskich planów, królestwo wschodniego wybrzeża, kwintesencja wszystkiego co jest Made by USA. Łutangi, brukliny, kłinsy, bronksy, enłajpidi, fifa uefa itd. Cholera, co tam nie jest znane na cały świat? To miasto to jeden wielki splendor, definicja sukcesu i szczyty szczytów w każdym możliwym sensie. Ludzie mawiają "jak uda Ci się tutaj, to uda Ci się wszędzie!". Wspominam te kultowe filmy, teledyski, obrazy i wszystko inne prezentujące niepowtarzalny klimat tego miasta. Za każdym razem kiedy oglądałem materiał ulokowany gdzieś w Nowym Jorku, pragnąłem znaleźć się tam i na własnej skórze poczuć "vibe" tej metropolii. Powtarzałem sobie w głowie - jak zobaczę Nowy Jork, to chyba zobaczę już wszystko, poczuję się spełniony. Ale był jeden warunek - Big Apple musiało sprostać moim fantazjom i przekonaniom...


Jak było? No więc zachęcam do zajęcia wygodnego miejsca w fotelu i rozpoczynamy donośnym:



WELCOME TO NEW YORK !

Myrtle Ave, Queens


Do NY dotarliśmy późną nocą lotem z Polski. Droga z lotniska JFK do dzielnicy Queens przeleciała dość spokojnie jak na tak jebitne miasto, które skryte było pod płaszczem nocy, a przemierzane ulice wydawały się puste i nad wyraz spokojne. Nie wiem którędy jechaliśmy, pamiętam tylko, że w tle daleko rozświetlał niebo wielki Manhattan, na który to wpatrywałem się z niedowierzaniem przez szybę Ubera, którego prowadził jakiś pan z Bałkanów (normalnie jak Niko z GTAIV). Wiem, wiem, powinniśmy jechać słynnym Yellow Cab, ale opinie generalnie były zgodne - jak jedziesz z lotniska i jesteś tu nowy to dla świętego spokoju lepiej wiedzieć z góry ile kosztuje przejazd. Kontynuując, jedziemy. Mijaliśmy kolejne skupiska betonowych bloków, pomiędzy którymi wiły się dwu i trzypasmowe drogi. "No i jestem, k*rwa, w Nowym Jorku", pomyślałem. To było dziwne i w pewnym sensie również stresujące uczucie, bo spokojnie z 20 lat czekałem na ten moment. Początkowo było to nawet absurdalne, nie dawałem wiary temu, że to wszystko działo się naprawdę. Byłem tak zmęczony lotem, że nie do końca czułem czy kontaktuję. Może śni mi się, że jadę taksówką po Nowym Jorku, a rano obudzę się wzdychając z zawodem, że była to tylko projekcja w mojej głowie. Ale nie, jednak to się działo naprawdę, moje wspaniałe amerykańskie marzenie było już tylko jeden sen od spełnienia. Jak to będzie? A co jeśli mnie rozczaruje, jeśli wszystkie moje fascynacje okażą się przesadzone? A co jeżeli nie doświadczę tego pobytu tak jak powinienem, o czymś zapomnę, coś pominę, źle to zaplanuję, stracę to pierwsze wrażenie, zniechęcę się... Dobra człowieku! Idź spać i daj sobie spokój... :)



QUEENS BABY!

Ridgewood, Queens


Budzę się wcześnie rano, styczniowe promienie słońca przenikają przez ogromne okno, jedyne w tym pomieszczeniu - zaskakująco schludnym i przytulnym jak na to, co się słyszy o mieszkaniach w tym mieście. Od razu widać, że kwadratem rządzi porządna kobieta :) Jest środek stycznia, na dworze wiosennie, około 12'C. Wpatruję się w wysoki na 3 metry sufit i zastanawiam się czy jeszcze śpię czy jednak to się dzieje naprawdę. Jak ja tu w ogóle trafiłem, co jest grane? Przeczesałem solidnym ruchem ręki twarz i po chwili świadomość wchodziła na obroty. Queens, Ridgewood, welcome to New fucking York baby! W tym krótkim momencie zagotowała się krew w żyłach, a do głowy uderzył wielki, energetyczny impuls. W mgnieniu oka byłem gotowy ruszać w miasto nawet mimo tego, że bardzo późno przyjechaliśmy na miejsce i spaliśmy naprawdę niewiele. Nie ma czasu na spanie, lecimy w miasto! Pamiętam, że wystarczyło, że wyszedłem za próg mieszkania i od razu zmiażdżył mnie klimat tego miejsca. Niska zabudowa, stare brzydkie budynki w odcieniu brązu i czerwieni i wciśnięte w nie jeszcze brzydsze "Grocery Stores" na rogach, odznaczające się od zmęczonych budynków jaskrawą elewacją. Po dwóch stronach ulicy ciasno zaparkowane fury, zderzak na zderzaku. Po chodniku turlają się reklamówki, ulotki, papierki po chipsach i batonach. Nad szkolnym boiskiem na wysokości około 10 metrów leci linia metra, stara, brudna i tak oldschoolowa, że szczęka z zachwytu opadła mi bezwiednie. Na ławeczce przy boisku dwóch żuli opróżnia jakąś butelkę skrzętnie schowaną pod pikowaną kurtką z napisem "Yankees", a z okna niedaleko wylewa się dźwięk hiphopowej muzyki. Nie mogę w to uwierzyć, że tutaj jestem!!! Z oddali nadchodziło kołatanie o regularnym, metalowym brzmieniu. Nad zaspanym jeszcze Queens przejeżdżał właśnie pociąg linii "M", sunąc ociężale swoją standardową trasą w stronę Manhattanu, trzęsąc przy tym budynkami, które momentami odstawały może na 2-3 metry od toru. Osiedle było jeszcze względnie puste i spokojne, tempo dnia leniwie ruszało z miejsca. Pojedyncze osoby przewijały się przez osiedlowe spożywczaki. Przeszliśmy kilka przecznic i wskoczyliśmy na Myrtle Ave, nad którą przebiegała wspomniana już linia metra, biegnąca na Brooklyn, gdzie wstępnie kierowaliśmy nasz pochód. Zanim zdążyliśmy sprawdzić właściwy kierunek naszej podróży, na skrzyżowaniu usłyszeliśmy pierwszą rozmowę:


"Nie nie, to nie tutaj [...]"

Nie ma to jak spotkać swoich gdzieś w sercu obcej dzielnicy, w obcym świecie daleko od domu... :)


Ju tokin tu mi? Ar ju tokin tu mi?! :) Miejski vibe w Queens


Myrtle Ave, Queens


Im głębiej w dzielnicę, tym ciekawiej. Na zegarze zbliżała się 10 rano, a Queens w końcu powoli budziło się do życia. Na ulicy zaczęło być głośno i gwarno, klaksony rozbrzmiewały coraz częściej niosąc przeraźliwy dźwięk po wąskich i zapchanych ulicach. Słychać było pierwsze poranne dyskusje, a z pobliskich okien dobiegała coraz głośniejsza muzyka różnej maści (z przeważającą ilością latynoskich słów). Ludzie z kubkami kawy w ręku podążali gdzieś przed siebie, inni zaś przy rozstawionych stołach z krzesłami czytali gazety, niektórzy prawdopodobnie wspominali jeszcze wydarzenia dnia poprzedniego, pogrążeni głęboko w myślach, bądź też zastanawiali się co zrobić z tym pięknym dniem. Słońce wesoło świeciło przez szpary zabudowanej z każdej strony ulicy. Nad głowami huczały trakcje, niosąc po ulicy i chodniku fale przyjemnych wibracji. Lokalne budy z żarciem, kawą i gazetami powolutku otwierały swoje drzwi. Nagle dookoła zrobiło się jakoś wesoło, dzielnica wypełniła się nieskoordynowanym hałasem, który miał w sobie mnóstwo ciekawości. Trasa z Queens na Brooklyn mogła być dla mojej żony prawdziwą katorgą, bo zatrzymywałem nas co chwilę i z dziecięcym przejęciem przyglądałem się temu co widzę. Jakie to wszystko było zajebiste, dokładnie takie jak sobie wyobrażałem! Czułem się tam niemal jak u siebie, było swojsko, dziwnie znajomo. Obrazy, które gdzieś krążyły w zakamarkach pamięci nagle nabrały realnego wymiaru i urzeczywistniały się na moich oczach. Byłem w zupełności pochłonięty tamtym momentem i delektowałem się każdą najdrobniejszą chwilą.

New York Selfie :)


Przynajmniej można dostrzec nadjeżdżające metro przez okno... :) No i "Mietek" niczeogo sobie ; >


Zanim przejdziemy dalej... To co zobaczyłem na początku naszego spaceru przez Nowy Jork było dla mnie najpiękniejszą podróżą w czasie, jakiej do tej pory doświadczyłem. Queens to kwintesencja lat 90tych, klimat tamtych czasów w jedynym takim wydaniu. Ja wiem, że w Polsce też można odwiedzić osiedla, gdzie czas zatrzymał się dawno temu, ale to było coś niezwykłego! Te ulice, małe sklepiki, ławeczki, boiska, sąsiedzi krzyczący do siebie z dwóch stron ulicy "YO! HOW ARE YOU MY MAN?", zbijające piątki dzieciaki i ziomale - to wszystko cofnęło mnie z 25 lat wstecz i rozkochało bez pamięci. Przypomniałem sobie czasy, kiedy byłem młodym łebkiem biegającym po podwórku pośród betonowych bloków, grającym w piłkę nożną na ogrodzonych siatką betonowych boiskach, spędzającym czas na ławkach i schodach w towarzystwie dziesiątek innych dzieciaków z podwórka. Wszyscy wszystkich znali, z daleka krzyczeliśmy sąsiadom dzień dobry, a jak trzeba było "grać mecza" to wołaliśmy pod oknami do kumpli, żeby kończyli żreć i schodzili na dół. Nie było telefonów, nie było hipermarketów, tabletów, kompów, była czysta zabawa i czerpanie z życia tego, co najlepsze. Znało się babkę z warzywnego, ze spożywczaka, osiedlową panią sprzątaczkę, nauczycieli, rodziców wszystkich znajomych itd. Choćby nie wiem jak bardzo wytykano, że w Queens śmierdzi, jest brudno i brzydko jak w śmietniku, dla mnie będzie to miejsce, które mnie totalnie oczarowało i zapewniło doznania, jakich daaawno nie miałem okazji przeżywać. Więc podsumuję to tak - jeżeli pragniecie zweryfikować sami, czy rzeczywiście chcielibyście poczuć znowu klimat lat 90tych to polecam skoczyć do Nowego Jorku, właśnie do Queens. Dla mnie jednym słowem REWELACJA! :) Niezapomniane przeżycie.

Przecudowny chaos na Myrtle Ave, Queens


Chaosu w Queens ciąg dalszy :)


Queens


BROOOOOKLYYYNNNN

O tym, że jestem na Brooklynie spostrzegłem się w momencie, kiedy przecinaliśmy Marcy Ave i coś mi ta nazwa przypominała... Marcy, hmmm ... Zaraz zaraz, toż to przecież dzielnica Jay-Z ! I nagle jeb i patrzę - no przecież, budynki z projektów, czerwona cegła, czarna siatka dookoła, Marcy Playground, betonowe boiska, betonowe trybuny - jestem k*rwa na dzielni Jay-Z ! Pierwsze co wpadło do głowy to oczywiście obrazy z teledysków przerabianych setki razy. O tak, to ta ławka, o tak to te drzewa, to te bloki, to tutaj! Żona patrzyła na mnie ze zdumieniem widząc, że chyba to znaczy dla mnie więcej niż obrazy, które mam dopiero zobaczyć, ale cóż, kocham klimat ulicy, uliczny lifestyle, betonowy "environment" itd. no i uważam, że Jay-Z jest całkiem spoko. Tutaj czułem się jak u siebie, tutaj czułem się swobodnie, jakbym znał to miejsce, chociaż nigdy wcześniej nie byłem w tej okolicy. Życie toczyło się jak w każdym innym miejscu, ludzie zajęci swoimi sprawami po prostu podążali w swoim kierunku, z niektórymi wymieniliśmy uprzejme uśmiechy albo standardowe "How are you?". Nie czuliśmy się tam niespokojnie, no może poza jednym razem, kiedy z klatki tuż obok wytoczyło się z piętnastu zakapturzonych gości ; ) Ale wiadomo, każdy element tego otoczenia jest jakoś tak dziwnie znany, a to z filmów, a to z klipów itd., więc gdzieś tam w głowie przetaczają się różne "insynuacje" :) Marcy również nie zawiodło, było dokładnie tak jak tego oczekiwałem, olsdchoolowo i klimatycznie.



Marcy Playground w dzielnicy Brooklyn, czyli prawie jak Jay-Z ; >


Brooklyn


Brooklyn


Szliśmy dalej w stronę Brooklyn Downtown. Ledwo minęliśmy Marcy i nagle przeniosłem się w czasie... do XIX wieku. Początkowo myślałem, że to jakiś wkręt, że może kręcą właśnie film, ale po chwili zrozumiałem, że nie, że to wszystko najnormalniejszy krajobraz tego miejsca. Właśnie trafiliśmy do żydowskiej dzielnicy Brooklynu. Ulicami przechadzali się goście z pejsami jak serpentyny, stare byki i młode dzieciaki. Jeżeli nie mieli na sobie garniturów to okrywali się szerokimi szatami w różne wzory. Na głowach mieli swoje klasyczne kapelusze, sztrajłmy, spodiki czy cuś. To było absurdalne doświadczenie, nie wiedziałem o co w ogóle chodzi. Oni tak na poważnie? No chyba tak, przecież idą jakby nigdy nic, mali, duzi, kobiety, mężczyźni, starzy i młodzi. Jeszcze przez jakiś czas oglądałem się przez ramię czy jakiś Spielberg nie wychyla się zza rogu obserwując poczynania aktorów na planie filmowym, ale nic z tych rzeczy, to była prawdziwa tradycyjna żydowska dzielnica straight outta Brooklyn. Niesamowite, że w tym mieście, w tej dzielnicy ludzie od 200 lat żyją jakby nic się nie zmieniło. Interesting, mega rozwijające doświadczenie...


Brooklyn (źródło: Wikipedia)


Brooklyn (źródło: VosIzNeias . com)


Na skrzyżowaniu Myrtle Ave z Flatbush Ave odbiliśmy w prawo i zmierzaliśmy prosto w stronę dwóch sławnych nowojorskich mostów - Manhattan oraz Brooklyn Bridge. Byliśmy również przy samym Brooklyn downtown. Jak na dzielnicę, o której słyszało się głównie tyle, że zdarzają się wojny gangów, strzelaniny, pościgi i inne takie, to akurat tutaj było całkiem przyzwoicie. Ba, można rzec, ze brooklyński downtown prezentuje się praktycznie jak odrębne miasto! Jest tu ładnie, schludnie, panoramę dzielnicy zdobią nowoczesne biurowce i apartamentowce, zupełnie normalny świat. Bardzo przyjemna okolica, gdzie można siąść na kawce przy ulicy i pokontemplować nad życiem tudzież poczytać gazetę bądź po protu poobserwować tętniące życiem miasto.


Brooklyn Downtown (źródło: Google Maps)


Brooklyn Downtown(źródło: Google Maps)



BROOKLYN BRIDGE


Flatbush Ave prowadzi prosto na Manhattan Bridge, ale naszym planem było wskoczenie na Brooklyn Bridge i przedostanie się tą stroną na Manhattan, więc odbiliśmy nieco w lewo i za chwilę naszym oczom ukazała się piękna panorama. Trochę czasu zajęło nam rozkminienie wejścia na deptak, ale w końcu znaleźliśmy właściwą drogę. Pod nogami przewinął nam się napis "WELCOME TO BROOKLYN" i przed sobą mieliśmy już ogromny, kamienny, neogotycki łuk zapraszający do spaceru nad East River. Niby to tylko most, ale wrażenie robi piorunujące. Po lewej stronie trzy pasy drogi, po prawej trzy pasy drogi, dookoła wielka rzeka, a pośrodku wyłożony drewnem deptak i masakryczny ruch. W tle mieni się to, co jeszcze parę godzin wcześniej było tylko nocną paradą świateł, a teraz wygląda na mocno zmęczone i zapracowane, ale niezwykle spokojne - oczywiście pierwsze co wpada w oko to World Trade Center, ale wrażenie robią również obecne tam pozostałe budynki. Wchodzimy na Manhattan, ja pi*rdolę nie do wiary...


Witamy! (źródło: Wordpress)


Brooklyn Bridge



A może by tak rzucić wszystko ... ; >





Tak oto minęła nam piesza wycieczka z miejsca startowego pod sam most brooklyński. Na temat Manhattanu zarezerwowaliśmy kolejne posty, aby móc w pełni przekazać Wam wszystkie emocje, jakie towarzyszyły nam w tej podróży. Do usłyszenia niebawem w części drugiej ! :)


*** UPDATE *** Druga część dostępna TUTAJ. Enjoy!


0 wyświetlenia
  • Czarny YouTube Ikona

AMERICAN STORIES @ 2018