Proces Lindsay Clancy - jak ustalić, gdzie kończy się choroba, a zaczyna odpowiedzialność
- 2 dni temu
- 11 minut(y) czytania

Stan sprawy: 19 sierpnia 2026 r.
Uwaga: tekst zawiera opis śmierci dzieci, próby samobójczej oraz poważnego kryzysu psychicznego.
24 stycznia 2023 roku w Duxbury, spokojnym miasteczku na wybrzeżu Massachusetts, wydarzyło się coś, czego nie sposób opisać bez poczucia ogromnej straty.
Cora Clancy miała pięć lat. Jej brat Dawson trzy. Najmłodszy Callan nie miał jeszcze ośmiu miesięcy.
Tego dnia ich życie wyglądało jeszcze zupełnie zwyczajnie. Cora pojechała z mamą do lekarza. Potem dzieci bawiły się na śniegu. Lindsay Clancy robiła zdjęcia i wysyłała je rodzinie. Kilka godzin później cała trójka leżała nieprzytomna w piwnicy rodzinnego domu. Na ich szyjach znajdowały się gumowe taśmy treningowe. Cora i Dawson zmarli tego wieczoru. Lekarze przez kolejne trzy dni walczyli o życie Callana. Zmarł 27 stycznia. Wielka tragedia wstrząsnęła całymi Stanami Zjednoczonymi.
Nie ma dziś zasadniczego sporu o to, kto odebrał im życie. Obrona Lindsay Clancy przyznaje, że zrobiła to ich matka. Pytanie, które od lipca 2026 roku próbuje rozstrzygnąć ława przysięgłych w Plymouth Superior Court jest inne: czy Lindsay Clancy w chwili zabijania swoich dzieci była osobą zdolną rozumieć, że to co robi jest diaboliczne i zdolną powstrzymać własne działanie?
To nie jest klasyczna sprawa typu "kto zabił?" lecz dyskusja na temat tego ile może dźwignąć ludzki umysł w najczarniejszych godzinach życia i co dzieje się z człowiekiem kiedy granica wytrzymałości zostaje przekroczona. To próba znalezienia odpowiedzi na to czy można dokonać tak brutalnego czynu w sposób totalnie wyrachowany i zaplanowany czy musi to być efekt szaleństwa, które pozbawia człowieka świadomości podejmowanych czynów.
Jest to również proces, który może na dobre zmienić stan obecnej psychologii i psychiatrii, sposobu traktowania pacjentów, stosowania silnie oddziałujących na układ nerwowy leków, wyboru metod pomocy czy kontroli nad leczeniem człowieka i postępami w walce z chorobą. Coś, co być może jest już spóźnione o parę dobrych lat i było w ostatnich dekadach ignorowane. Coś co być może czekało na mroczny moment taki jak ten, aby posłużył jako punkt zwrotny, czy nawet stać się rewolucją w sposobie zwalczania tzw "mental health issues".
Kim była Lindsay Clancy?

Zanim jej nazwisko pojawiło się na pierwszych stronach gazet, Lindsay nosiła nazwisko Musgrove i dorastała w Wallingford w stanie Connecticut. Sąsiedzi wspominali dziewczynę jeżdżącą na rowerze z innymi dziećmi i ćwiczącą gimnastykę przed domem. Ukończyła Lyman Hall High School, a następnie Quinnipiac University, gdzie w 2012 roku zdobyła licencjat z biologii. Później poszła do szkoły pielęgniarskiej w Massachusetts. Została pielęgniarką na oddziale porodowym Massachusetts General Hospital. To szczegół, który nadaje całej historii jeszcze bardziej przejmujący wymiar. Lindsay zawodowo pomagała kobietom przechodzić przez poród i pierwsze chwile macierzyństwa. Jedna z jej współpracownic zeznała podczas obecnego procesu, że była bardzo dobrą pielęgniarką: troskliwą, empatyczną i dbającą o pacjentki.
W 2016 roku Lindsay poślubiła Patricka Clancy'ego. Ich pierwsze dziecko, Cora, przyszło na świat w grudniu 2017 roku. Dawson urodził się we wrześniu 2019 roku, a Callan 26 maja 2022 roku.
Z zewnątrz ich życie mogło wyglądać jak realizacja bardzo amerykańskiego marzenia: dom w Duxbury, dobra praca, troje małych dzieci, zdjęcia z rodzinnych wyjazdów, urodzin, muzeów i wspólnej zabawy - pełen pakiet powodów, aby pozazdrościć świetnego życia, które obserwowano z boku.
Podczas procesu prokuratura pokazywała właśnie takie nagrania i fotografie. Lindsay organizowała dzieciom dzień, pilnowała godzin snu i posiłków, umawiała wizyty lekarskie, kupowała potrzebne rzeczy. Świadkowie, w tym była niania, opisywali ją jako uważną i kochającą matkę. Wszystko wydawało się funkcjonować bardzo dobrze, i tym samym nic nie zapowiadało tak mrocznego wydarzenia w historii rodziny.
Ale od jesieni 2022 roku za tym normalnym obrazem zaczęło dziać się coś zupełnie innego.
Czarne chmury
Po narodzinach Cory Lindsay doświadczała pewnego poziomu lęku. Po narodzinach Dawsona problemy były nawet wyraźniejsze. Jednak po urodzeniu Callana początkowo wszystko wróciło do normy i miało znowu wyglądać dobrze. Według dokumentów przywoływanych w późniejszych pozwach pierwsze 12 tygodni urlopu macierzyńskiego były niezwykle spokojne.
Zmiana nastąpiła późnym latem i jesienią 2022 roku, kiedy zbliżał się powrót Lindsay do pracy.
Pojawił się coraz silniejszy lęk. Potem bezsenność. Wyczerpanie. Brak energii. Problemy z koncentracją. Poczucie emocjonalnego odłączenia. Lindsay zaczęła obawiać się, że nie poradzi sobie z powrotem do pracy i jednoczesnym wychowywaniem trójki dzieci. Przytłoczenie sytuacją powoli zmieniało się w przerażenie.
15 września Clancy rozpoczęła leczenie psychiatryczne u dr Jennifer Tufts. Zgłaszała między innymi napady lęku, obniżony nastrój, problemy ze snem, gonitwę myśli, brak apetytu i poczucie winy.
Tufts rozpoznawała u niej przede wszystkim zaburzenia lękowe i zaburzenie adaptacyjne z obniżonym nastrojem. Nie rozpoznała psychozy poporodowej ani choroby afektywnej dwubiegunowej, wokół których toczą się obecnie dyskusje. Podczas wielu wizyt Lindsay również zaprzeczała, jakoby miała słyszeć głosy lub zamierzała skrzywdzić siebie albo innych. To jeden z najważniejszych argumentów prokuratury.
Ale jej stan stopniowo się pogarszał.
Antydepresyjny koktajl

Jednym z najczęściej powtarzanych faktów dotyczących tej sprawy jest informacja, że Lindsay przepisano 13 różnych leków psychiatrycznych w ciągu około czterech miesięcy, co jest wręcz szokującym faktem. Część z tych leków znana jest z tego, że może powodować bezsenność, jednocześnie są wśród nich lekarstwa, które miały tą bezsenność zwalczać. Mieszanka silnie oddziałujących na układ nerwowy leków, która zdaje się krzyczeć, że kłopoty są nieuniknione. Rozpalanie ognia tylko po to, żeby zaraz ten ogień gasić. Benzyną.
Na liście lekarstw znalazły się m.in. Zoloft, Prozac, Ativan, Klonopin, Valium, Ambien, Remeron, Seroquel, Lamictal, trazodon, hydroksyzyna, amitryptylina i buspiron. Łącznie w dokumentacji pojawia się ponad 30 recept, ponieważ niektóre preparaty przepisywano ponownie lub zmieniano dawki. Część odstawiano, inne wprowadzano. Zmieniano dawki. Prokuratura pokazała również pozostałe w butelkach tabletki, argumentując, że nie wszystkie przepisane leki były przez Lindsay rzeczywiście przyjmowane, co mogło również świadczyć o dość intensywnym manewrowaniu ilością przyjmowanych lekarstw. Patrick Clancy przyznał podczas przesłuchania, że sam nie kontrolował dokładnie liczby zażywanych przez żonę tabletek.
Leczenie, któremu z nadzieją o uzyskanie pomocy poddała się Lindsay Clancy, było intensywne, prowadzone przez kilku różnych specjalistów i często modyfikowane w odpowiedzi na kolejne objawy. Wychodzi na to, że nakładano na siebie opinie i rozwiązania z kilku źródeł jednocześnie. Nie jest do końca jasne czy dochodziło w ogóle do jakiejkolwiek dyskusji i analizy poszczególnych podejść.
Według dokumentów, w listopadzie Lindsay spała zaledwie około trzech godzin na dobę. Zgłaszała, że czuje się zdezorientowana, zapomina rzeczy i nie czuje się dobrze we własnym ciele. Obawiała się również, że uzależnia się od benzodiazepin stosowanych między innymi na lęk i bezsenność.
Pod koniec listopada włączono Seroquel. Obrona twierdzi, że właśnie w tym okresie jej stan dramatycznie się pogorszył i zaczęły pojawiać się objawy, które Lindsay początkowo interpretowała jako natrętne myśli, a później jako głosy.
To twierdzenie jest dziś jednym z centralnych elementów obrony, ale należy pamiętać, że jest również przedmiotem sporu. Lekarze, którzy widzieli Lindsay przed tragedią, zeznali, że nie obserwowali u niej objawów psychozy. Trzeba jednak pamiętać, że wąpliwości zakomunikowano również co do metod leczenia stosowanych przez psychiatrów, którym zarzuca się mechaniczność w działaniu.
"Coś jest ze mną nie tak"
W grudniu sytuacja stała się znacznie poważniejsza.
Z dokumentów i obecnych zeznań wynika, że Lindsay zaczęła mówić rodzinie o myślach samobójczych i niepokojących myślach związanych z dziećmi. Jej matka Paula Musgrove zeznała w sierpniu 2026 roku, że córka powiedziała jej wprost, iż ma myśli o skrzywdzeniu dzieci. Rodzina obserwowała też narastającą paranoję, ogromny lęk i strach Lindsay przed pozostawaniem samej.
Jej siostra Allison opowiedziała, że pod koniec grudnia Lindsay przyznała, iż przez około miesiąc każdego dnia doświadczała myśli samobójczych. Była matka Patricka, Susan Clancy, zeznała z kolei, że Lindsay w praktyce "błagała o pomoc" i bała się zarówno swoich objawów, jak i kolejnych leków.
Lindsay kontaktowała się z pomocą kryzysową. Próbowała uczestniczyć w specjalistycznym programie dotyczącym depresji poporodowej. Trafiła także do Massachusetts General Hospital, w którym przeciez pracowała.
1 stycznia 2023 roku dobrowolnie zgłosiła się do McLean Hospital - jednego z najbardziej znanych szpitali psychiatrycznych w Stanach Zjednoczonych. Wyszła pięć dni później. Podczas pobytu zgłaszała depresję, myśli samobójcze, lęk i poważne problemy ze snem. Lekarze nie stwierdzili jednak wyraźnej psychozy. Jedna z psychiatrów oceniła jej stan jako ciężką depresję bez objawów psychotycznych.
Niecałe trzy tygodnie później jej dzieci nie żyły.
24 stycznia 2023 roku

Poranek nie wyglądał jak początek katastrofy.
Lindsay pojechała z Corą do lekarza. Później dzieci bawiły się na śniegu. Lindsay wysyłała rodzinie ich zdjęcia. Patrick zeznał, że tego dnia wydawała się w stosunkowo dobrym nastroju. Po południu zaczęła organizować kolację.
Według akt sprawy o 16:02 wyszukiwała w telefonie informacje o Miralaxie dla dzieci, a następnie restaurację ThreeV. Sprawdziła również w Apple Maps czas przejazdu z domu do restauracji. O 16:47 zadzwoniła do CVS, pytając o lek dla Cory. Kilka minut później napisała do Patricka, który pracował w domu, proponując zamówienie jedzenia na wynos. Około 17:10 złożyła zamówienie. Patrick miał pojechać najpierw po lek, a później po kolację.
Dla prokuratury te minuty są niezwykle ważne.
Ich zdaniem Lindsay sprawdziła wcześniej, ile czasu zajmie podróż, a następnie celowo wysłała męża w trasę, która dała jej wystarczająco dużo czasu na pozostanie sam na sam z dziećmi. Obrona widzi ten sam fakt zupełnie inaczej: Lindsay miała sprawdzać czas, ponieważ bała się pozostawania sama i chciała wiedzieć, jak długo Patricka nie będzie. Taką wersję przedstawiono później również w jej pozwie przeciwko lekarzom. Tak czy siak, mąż wyjechał z domu.
O 17:32 Patrick był w aptece. Chwilę później zadzwonił do Lindsay. Nie odebrała, ale oddzwoniła około minutę później i powiedziała mu, jaki lek ma kupić. O 17:54 Patrick odebrał jedzenie. O 18:09 był ponownie w domu. Mniej więcej w tym przedziale czasowym doszło do morderstw.
Według ustaleń w sądzie Lindsay zabrała dzieci do piwnicy i zacisnęła na ich szyjach taśmy treningowe. Następnie poszła na piętro domu z zamiarem zabicia się. Zadała sobie rany cięte i wyskoczyła z okna drugiego piętra. Upadek spowodował poważny uraz kręgosłupa. Lindsay przeżyła, ale została sparaliżowana od pasa w dół.
Kiedy Patrick wrócił około 18:09, w domu panowała cisza. Nie mógł znaleźć żony. W sypialni zobaczył krew i otwarte okno. Pobiegł na zewnątrz i znalazł Lindsay ciężko ranną na ziemi.
Zadzwonił pod numer alarmowy. Kiedy zapytał, gdzie są dzieci, według jego późniejszych zeznań Lindsay odpowiedziała, że w piwnicy.
Patrick wrócił do domu...
Nagranie z tej rozmowy zostało odtworzone ławie przysięgłych w lipcu 2026 roku, ale sędzia nie zezwolił na jego publiczne rozpowszechnianie. Na nagraniu słychać moment, w którym Patrick znajduje dzieci. Cora i Callan znajdowali się w jednej części piwnicy. Dawson leżał w domowym biurze Patricka. Cora i Dawson zostali uznani za zmarłych tego wieczoru. Callan początkowo żył. Został przetransportowany do Boston Children's Hospital. Trzy dni później zmarł. Rodzina straciła wszystkie dzieci.
A potem pojawił się "głos"
Kilka dni po tragedii Lindsay przebywała w szpitalu, przykuta do łóżka i niemal całkowicie unieruchomiona po operacjach kręgosłupa. W lutym odwiedził ją psycholog kliniczny i sądowy Paul Zeizel.
Zeizel zeznał w sierpniu 2026 roku, że pamięć Lindsay była wtedy zamglona i fragmentaryczna. Podczas kolejnego spotkania umożliwił jej rozmowę telefoniczną z Patrickiem. Według jego zeznań Lindsay powiedziała wtedy mężowi, że słyszała męski głos, który nakazał jej zabić dzieci, a następnie siebie.
To jeden z najważniejszych momentów całej sprawy. Dla obrony jest to niemal bezpośrednie świadectwo psychozy. Dla prokuratury problem polega na tym, że podczas wcześniejszego leczenia Lindsay wielokrotnie zaprzeczała halucynacjom, a wielu lekarzy nie widziało u niej oznak psychozy.
Pojawia się więc pytanie: czy głosy rzeczywiście istniały wcześniej, ale Lindsay ukrywała je ze strachu przed odebraniem jej dzieci? Czy też wyjaśnienie o głosie pojawiło się dopiero po tragedii?
Zeizel zeznał również, że testy psychologiczne wykonane przez lekarza działającego dla władz nie wykazały, aby Lindsay udawała albo świadomie wyolbrzymiała objawy psychiatryczne. Wyjaśnił ponadto, że psychoza nie musi oznaczać nieustannego chaosu: człowiek może chwilami rozmawiać normalnie, prowadzić samochód czy wykonywać rutynowe czynności i jednocześnie doświadczać poważnych objawów psychotycznych.
Proces: dwie historie o tej samej kobiecie

Proces rozpoczął się w lipcu 2026 roku. Przed jego startem oddzielne zarzuty uduszenia zostały wycofane jako częściowo dublujące zarzuty zabójstwa. Lindsay pozostaje oskarżona przede wszystkim o trzy zabójstwa, a prokuratura zmierza do uzyskania wyroku za morderstwo pierwszego stopnia. Pozostały również trzy zarzuty dotyczące napaści z użyciem niebezpiecznego przedmiotu.
17 sierpnia, po czternastu dniach zeznań i dziesiątkach świadków, prokuratura zakończyła przedstawianie swojego głównego materiału dowodowego.
Prokuratorzy przedstawiają Lindsay jako osobę niezwykle zorganizowaną, kontrolującą otoczenie i zdolną do planowania. Ich zdaniem wysłanie Patricka jednocześnie do apteki i po jedzenie nie było przypadkiem. Podkreślają sprawdzenie trasy w telefonie, zwyczajną rozmowę z apteką i restauracją, aktywność Lindsay w ciągu dnia oraz fakt, że mimo problemów psychicznych potrafiła wykonywać zwyczajne obowiązki. Wskazują również, że wielu specjalistów mających bezpośredni kontakt z Lindsay nie rozpoznało u niej psychozy ani manii. Wielokrotnie zaprzeczała myślom o zabiciu innych lub słyszeniu głosów. Według teorii oskarżenia Lindsay planowała odebrać sobie życie i postanowiła "zabrać ze sobą" dzieci.
Kevin Reddington, adwokat Lindsay, buduje zupełnie inny obraz. Nie idealnej matki, która nagle postanowiła zamordować dzieci, lecz ciężko chorej kobiety, która przez miesiące coraz wyraźniej traciła kontrolę nad własnym umysłem. Obrona pokazuje bezsenność, dzienniki, myśli samobójcze, strach przed pozostawaniem samej, próby uzyskania pomocy, hospitalizację, częste zmiany leków i informacje przekazywane rodzinie o myślach dotyczących skrzywdzenia dzieci. Podważa również jakość opieki psychiatrycznej. Psychiatra Donald Condie, powołany przez obronę, określił część dokumentacji jako bardzo ubogą i zwrócił uwagę między innymi na brak pewnych badań laboratoryjnych, które mogłyby mieć znaczenie przy ocenie pacjentki po porodzie.
19 sierpnia Paul Zeizel poszedł jeszcze dalej. Zeznał przed ławą przysięgłych, że jego zdaniem Lindsay cierpiała na chorobę afektywną dwubiegunową z psychozą poporodową oraz że w chwili zabijania dzieci nie była zdolna właściwie rozumieć bezprawności swojego działania.
Co właściwie musi zdecydować ława przysięgłych?
W Massachusetts zasady dotyczące niepoczytalności są szczególnie ważne dla tej sprawy.
Jeżeli kwestia odpowiedzialności psychicznej została prawidłowo podniesiona, to prokuratura musi udowodnić ponad uzasadnioną wątpliwość, że oskarżona była odpowiedzialna karnie. Nie wystarczy więc powiedzieć: "to Lindsay musi udowodnić, że była chora". Prawo stawia pytanie, czy choroba lub zaburzenie psychiczne sprawiły, że oskarżona nie była zdolna właściwie zrozumieć, że jej zachowanie jest złe, albo nie była zdolna dostosować swojego zachowania do wymogów prawa.
Po kilku tygodniach procesu pewne elementy historii praktycznie nie są już kwestionowane.
Lindsay zabiła dzieci. Przez wiele miesięcy przed tragedią miała poważne problemy psychiczne. Cierpiała z powodu lęku, bezsenności i depresji, miała myśli samobójcze, poszukiwała profesjonalnej pomocy i była hospitalizowana psychiatrycznie. Przepisano jej dużą liczbę różnych leków. Członkowie rodziny obserwowali wyraźne pogorszenie jej stanu. Jednocześnie lekarze, którzy widzieli ją przed 24 stycznia, w większości nie obserwowali jednoznacznej psychozy. Tego również nie można po prostu zignorować.
Spór dotyczy więc przede wszystkim trzech rzeczy: czy Lindsay rzeczywiście cierpiała na psychozę? Czy psychoza występowała dokładnie w chwili zabijania dzieci? I jeśli tak - czy była tak silna, że odebrała jej możliwość rozumienia tego, co robi, albo możliwość powstrzymania się?
Od odpowiedzi na te pytania zależy praktycznie wszystko.
Jaki może być wyrok?

Jeżeli ława przysięgłych uzna Lindsay za winną zabójstwa pierwszego stopnia, grozi jej dożywotnie pozbawienie wolności bez możliwości zwolnienia warunkowego. Możliwe jest również zabójstwo drugiego stopnia - również z karą dożywocia, ale z możliwością ubiegania się w przyszłości o zwolnienie warunkowe.
Jeżeli natomiast zostanie uznana za niewinną z powodu braku odpowiedzialności karnej wynikającego z choroby psychicznej - nie oznacza to, że następnego dnia wyjdzie na wolność.
Sąd może skierować ją na obserwację psychiatryczną, a następnie do szpitala psychiatrycznego. Jeżeli zostanie uznana za osobę stwarzającą zagrożenie dla siebie lub innych, pobyt może być przedłużany kolejnymi decyzjami sądu. Teoretycznie w przyszłości możliwe byłoby zwolnienie, ale dopiero po ustaleniu, że nie stanowi już takiego zagrożenia.
Istnieje jeszcze trzecia możliwość: ława przysięgłych nie osiągnie jednomyślności. Wtedy może
dojść do unieważnienia sprawy i ewentualnego kolejnego procesu.
Jest jeszcze drugi proces - przeciwko systemowi leczenia
Ta historia nie kończy się na sprawie karnej. Zarówno Lindsay, jak i Patrick Clancy złożyli oddzielne pozwy przeciwko części placówek i specjalistów zajmujących się jej leczeniem.
Lindsay zarzuca między innymi niewłaściwe rozpoznanie i prowadzenie jej stanu psychiatrycznego. Patrick, działając również w związku ze śmiercią dzieci, podnosi zarzuty dotyczące niewłaściwej opieki i zaniedbań medycznych. Są to oddzielne sprawy cywilne i same zarzuty nie oznaczają, że lekarze zostali uznani za odpowiedzialnych.
Ale stawiają jeszcze jedno pytanie.
Lindsay przez kilka miesięcy kontaktowała się z psychiatrami, pielęgniarkami psychiatrycznymi, terapeutami, oddziałami ratunkowymi, programem dla kobiet po porodzie i szpitalem psychiatrycznym. Mimo to trzy tygodnie po wyjściu ze szpitala wydarzyło się najgorsze.
Czy system zrobił wszystko, co mógł? To pytanie prawdopodobnie pozostanie z tą historią niezależnie od werdyktu w procesie karnym.
Kiedy człowiek zaczyna tonąć
Żyjemy w czasach, w których bardzo często mówimy o depresji, lęku, wypaleniu czy kryzysie psychicznym. Paradoksalnie nie potrafimy uchwycić momentu, w którym czyjeś cierpienie przestaje być "trudnym okresem", a staje się stanem wymagającym natychmiastowej i intensywnej pomocy. Część tego braku świadomości czy wyczulenia na dziejącą się krzywdę wynika z odbywającego się powszechnie ekshibicjonizmu emocjonalnego w social media, który w wielu przypadkach jest podważany i krytykowany jako "na pokaz". Z drugiej strony jest to również problem tak powszechny, że pozbawia czujności czy zdolności reakcji, ponieważ przestał być problemem rzadkim.
Historia Lindsay Clancy powinna przypominać, że człowiek może wyglądać na funkcjonującego, odpowiadać na wiadomości, robić zakupy, pracować, zajmować się dziećmi i jednocześnie toczyć wewnętrzną walkę, której inni prawie nie widzą. Wiele osób nie uzewnętrznia swoich problemów, dźwiga je samotnie, nawet w tajemnicy przed tymi, których kocha. Niektóre osoby nie chcą obarczać innych swoimi zmartwieniami. To nie oznacza jednak, że dana osoba nie cierpi i nie potrzebuje pomocy. Dlatego tak istotne jest, aby w temacie problemów psychicznych, lęków czy depresji poprosić o pomoc czy wsparcie. Kiedy pojawiają się myśli samobójcze, utrata kontaktu z rzeczywistością, głosy, urojenia, skrajna bezsenność albo strach, że można zrobić krzywdę sobie lub komuś innemu, nie jest to moment na czekanie, aż "samo przejdzie". To sytuacja wymagająca natychmiastowej profesjonalnej pomocy.
Nie trzeba walczyć po cichu. Nie trzeba udawać, że wszystko jest w porządku tylko dlatego, że inni właśnie tak nas widzą. Można poprosić o pomoc drugi raz, nawet jeśli za pierwszym razem jej nie otrzymaliśmy. Nie rezygnować z walki o lepsze jutro. Można szukać kolejnego lekarza, innego terapeuty, szpitala, bliskiej osoby, grup wsparcia, byle się nie poddawać i nie tracić wiary w to, że może być lepiej. W sytuacji bezpośredniego zagrożenia trzeba potraktować kryzys jak każdy inny nagły stan medyczny i odpowiednio reagować.
Bo czasem wszystko czego potrzeba osobom w kryzysie to pewność, że mają kogoś, kto zauważy, że tonie i pomoże mu wrócić na powierzchnię.
Trzymajcie się i dbajcie o siebie.





Komentarze