#roadtripretro - Atlanta, Georgia



Tak się składa, że lato roku 96 pamiętam bardzo dobrze. Wieczorami przed TV trzymaliśmy kciuki za naszych sportowców w Atlancie, Edyta Górniak śpiewała donośnym głosem "to Atlantaaaaaa" i wszyscy żyli wynikami zawodów, które działy się za oceanem. Jedne z lepszych Igrzysk w wykonaniu Polaków, pamiętne medale, piękne momenty, wielkie sportowe osiągnięcia. Zanim przyszedł jednak wieczór i ludzie zasiedli przed TV, na moim podwórku rozgrywały się osobne Igrzyska, które zorganizowaliśmy swoją osiedlową ekipą. Starsi kumple notowali medale w zeszycie i prowadzili klasyfikację generalną. Gdybym wtedy pomyślał sobie, że po 20 latach trafię w końcu do Atlanty to bym chyba sam puknął się w łeb. A jednak, dotarłem.


Robert jak Ty żeś wtedy poszedł, pobiegł, poszedł-biegł, biegł-szedł... Mistrz.


Ulica żyje igrzyskami


Najciekawszą dyscypliną naszej podwórkowej Olimpiady okazał się boks. Mieliśmy kilka par rękawic bokserskich, za ring służyła piaskownica na terenie szkoły podstawowej, losowaliśmy pary i nawalaliśmy się po mordach. Nie muszę mówić, że w tej konkurencji starsi mieli lekką przewagę... 🤣 Igrzyska w Atlancie (jak i te podwórkowe) były niesamowite i bardzo mocno utkwiły mi w pamięci. Ale ja nie o tym.


Atlanta mieniła się wtedy wielkim splendorem i była dla mnie jednym z symboli tej wspaniałej Ameryki, w której pragnąłem się znaleźć. Pamiętam też że miałem bluzę z kapturem z wielkim napisem Atlanta, którą gdybym mógł to nosiłbym codziennie, po prostu uwielbiałem ten klimat. Dodatkowo właśnie klimat imprez sportowych w latach 90tych to była zupełnie inna jazda. Tak więc człowiek oglądał i zachwycał się każdym kęsem tego cudownego świata marząc o tym, że kiedyś będzie nam dane...


Fast forward


Cóż, oto było nam dane, ale jest już trochę inaczej. To nie jest rok 1996, nie ma Igrzysk, ogień olimpijski płonie już dawno w innym miejscu, a Ameryka dzisiaj to zupełnie inne miejsce. Tylko pani Edyta dalej ładnie śpiewa. Wielokrotnie powtarzam, że jesteśmy trochę spóźnieni w tych Stanach, a młodzieńcze wyobrażenia rozbijają się o nową rzeczywistość. Już z lekkim smutkiem oglądałem najnowszy dokument "Last Dance" z Michaelem Jordanem i Chicago Bulls w roli głównej utwierdzając się w przekonaniu że "to se ne vrati". Do tego jeszcze to cała pandemia i pustki na ulicach...


Atlanta jako metropolia wygląda naprawdę spoko - na pierwszy rzut oka robi mega wrażenie, jest obszerna, ciągnie się po horyzoncie, znajdziecie tam trochę trochę klimatu zeszłego stulecia i stare betonowe wieżowce, pomiędzy nimi trochę nowoczesności, dla fanów spacerowania ulicami teren jak znalazł... o ile robimy to w ciągu dnia...



Do hotelu przyjechaliśmy po godzinie 20. Po przebojach z cargo boxem, którego musieliśmy demontować z dachu żeby wjechać na podziemny parking, byliśmy gotowi do wyjścia w miasto trochę po dziewiątej. No i w sumie wszystko według planu bo właśnie wieczorami lubimy spacerować pomiędzy rozświetlonymi drapaczami. Wyszliśmy z hotelu i kierowaliśmy się ulicą wzdłuż downtown. Jeszcze nie zdążyliśmy minąć dystansu pomiędzy drzwiami od hotelu i pierwszym chodnikiem a już zostaliśmy zaczepieni. Do kolejnej krzyżówki do której było może 50 metrów jeszcze dwa razy ktoś prosił nas o drobne. Ogólnie znany scenariusz z dużych miast więc de facto nic nowego, tylko częstotliwość nieco większa. Chwilę później mijając na pasach pewnego osobnika usłyszeliśmy, że jesteśmy "fucking tourists" 🙂 No i tak spojrzeliśmy dookoła i chyba w tamtym momencie byliśmy jedynymi turystami na ulicach Atlanty. Zrobiło się dziwnie, wszędzie po kątach widzieliśmy tylko podejrzanych osobników i nie za bardzo czuliśmy się komfortowo. Po krótkiej wymianie zdań postanowiliśmy nie kusić losu i wróciliśmy z powrotem do hotelu i spróbować raz jeszcze z rana, także nas wieczorny spacer trwał jakieś 15 minut...


New day, new chance


Następnego dnia było nieco lepiej, a po ulicy kręciło się trochę osób. Wciąż jednak mieliśmy wrażenie, że pandemia zupełnie pozbawiła to miasto życia. Rzuciliśmy zatem okiem szybciutko na atrakcje niedaleko nas i wybraliśmy Georgia Aquarium i muzeum Coca-Coli, która właśnie tutaj została "wynaleziona". Za to szacuneczek I dzięki 😁👍 Wielkiego szału nie było ale musimy przyznać, że możliwość oglądania rekinów wielorybich z bliska (a można nawet z nimi popływać za drobną opłatą) to atrakcja, dla której zdecydowanie warto wybrać się do tego akwarium. Niesamowity widok i majestatyczne zwierzęta!!🤯 Ja byłem po prostu zauroczony tym widokiem.

B-E-A-utiful!


Muzeum Coca-Coli było w porządku ale wydaje mi się że stać ich na więcej. Sytuację ratuje sklep z pamiątkami, który ma całkiem ciekawy asortyment i jest tam bardzo amerykańsko🙂

Kofeinowy high


Time to say goodbye


Po przerwie na kawę wróciliśmy do hotelu, spakowaliśmy rzeczy, wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w stronę Tennessee. Atlanta zostawia za sobą mieszane uczucia. Z jednej strony rozumiemy, że w tym roku nic nie jest normalne, ale chodziliśmy nocami po kilku innych miastach w Ameryce i chyba nigdy nie czuliśmy się tak niekomfortowo jak tutaj. Przestępczość w tych rejonach jest rzeczą powszechną więc nie warto ryzykować, nawet jeśli fantazja gra swoje to warto być przezornym. A ulice wieczorami rzeczywiście wyglądały tutaj przerażająco. Z drugiej strony miasto wygląda na fajną i sporą metropolię, która bez wątpienia kryje wiele ciekawych zakątków. Szkoda by tak skreślać od razu ale przecież jest jeszcze tyle innych miejsc do zobaczenia... Myślimy sobie, że być może jeszcze kiedyś tutaj wrócimy aczkolwiek nie będzie to wysoka pozycja na naszej liście nadchodzących wycieczek. Przy okazji, w lepszych czasach 😎



Bywaj Atlanto, dzięki za piękne wspomnienia z dzieciństwa, trzymaj się i wracaj do formy. Może jeszcze kiedyś klimat igrzysk z 1996 roku zapłonie w tym miejscu 🙂 My lecimy dalej.




123 wyświetlenia2 komentarz
  • Czarny YouTube Ikona

AMERICAN STORIES @ 2018