Big City vs Country - gdzie lepiej żyć?



Od czasu powrotu z NYC chodzi mi po głowie pewna kwestia. Nie jest to de facto pierwszy raz, kiedy zastanawiam się nad tym i szczerze przyznam, że nadal ciężko mi zdecydować, po której stronie stanąć. Postanowiłem zatem rozprawić się z tym razem z Wami.


Mój dylemat brzmi - czy lepiej mieszkać w spokojnej i przyjemnej okolicy i od czasu do czasu ruszać na podbój wielkiego miasta, czy może lepiej mieszkać w metropolii, pędzić w wielkomiejskim tempie i od czasu do czasu zrobić tzw. "city break" i odpocząć w jakiejś spokojnej i przyjemnej okolicy?


W moim przypadku pytanie można postawić jasno - wolałbym mieszkać w Nowym Jorku czy w NC?



BIG CITY LIFE



Nowy Jork, jak każde wielkie miasto, ma do zaoferowania mnóstwo atrakcji. Metropolia to miejsce, gdzie nie można się nudzić, wręcz nie wiadomo momentami jakiego wyboru dokonać. Czytamy dość często, że ludzie mają problemy typu "gdzie się dzisiaj wybrać, żeby nie przegapić czegoś super na mieście" (zwą to "fear of missing out"). W każdym miejscu o każdej porze dnia dzieje się coś nowego, ciekawego, coś co sprawi, że gorszy dzień nabierze barw, rozbłyśnie w głowie nieco jaśniejsza myśl, będzie jakoś lepiej. Pamiętam, jak szliśmy spacerem po Central Parku w zwykły leniwy sobotni dzień i pewien gość z gitarą rozłożył swój ekwipunek przy stawie i powoli zaczął zachęcać ludzi do posłuchania tego, co ma do przekazania. Ludzie Ci zostali na moment wyrwani ze swojego świata, z tego stanu "lunatykowania", a kiedy rozbrzmiały pierwsze dźwięki gitary i popłynęły słowa piosenki, po dosłownie chwili połowa zebranych tańczyła z radością na trawniku. Rozumiecie, obcy sobie ludzie nagle wstali i zaczęli ze sobą tańczyć. Zabawny moment. Ale tak to właśnie jest. Można odnieść wrażenie, że w wielkich aglomeracjach rządzi nieco prawo przypadku, korzystasz z tego co akurat dzieje się w pobliżu. No i jest to na swój sposób fajna sprawa, bo nawet jeśli pędzisz gdzieś na złamanie karku i zapominasz o tym, że istnieje coś więcej niż mechaniczne podążanie od punktu do punktu, zawsze znajdzie się coś co może sprawić, że przebudzisz się na moment, zresetujesz umysł, nieco odlecisz od problemów i koniec końców położysz się spać z uśmiechem.



Druga strona medalu to wspomniany przed chwilą pęd. Patrzyłem na nowojorczyków i sprawiali wrażenie bezdusznych robotów. Ta sama mina na tysiącach twarzy - bez emocji, pusty wzrok wlepiony gdzieś przed siebie, w nieustannym ruchu, w słuchawkach, w swoim świecie, mijający niesfornych turystów slalomem przy akompaniamencie solidnego sapnięcia z niezadowolenia. "Fucking tourists". Ale w dużym mieście chyba nie da się inaczej, każdy dzień to istny survival. Czas goni nieubłaganie, nie dając chwili wytchnienia. W Nowym Jorku dystanse mogą być dobijające, poza tym nie jest się samemu, w takim tempie sunie ulicami cała horda innych "zaprogramowanych" umysłów i każdy ma te same problemy - zdążyć z miejsca na miejsce o czasie, wypełnić plan dnia, byle do zmierzchu, byle do przodu. Oprócz tego wszechobecny hałas i smród, wszędzie tłoczno i głośno, nieprzyzwyczajony do takich wrażeń mózg zaczyna po czasie szaleć. Może dlatego Ci, którzy żyją w NYC sprawiają właśnie wrażenie wyzutych z emocji - być może inaczej się nie da.



No i w końcu przychodzi "city break"... Urlop i wyjazd, z dala od zgiełku, pośród natury, chłonąc każdy moment ciszy, spokoju, podziwiając szerokie pasma zieleni, bujne korony drzew, przyglądając się naturze, słuchając jej odgłosów, tak obcych dla "mieszczucha". Chwila z kawą w kompletnej ciszy jest jak sen. Nagle godzina trwa wieczność, czas leci jakby w slow-motion, 1/4 tempa, jak wciągnięta przez odtwarzacz taśma kasety. Wracają siły, wraca pozytywne samopoczucie, znowu chce się żyć. Po trzech, czterech dniach w głowie rodzą się plany - zmienię życie, nieco odpuszczę, poukładam sobie sprawy, poprzestawiam priorytety, już wiem o co mi chodzi. Głowa oczyszczona, organizm w końcu zluzował, ból mięśni i głowy odpuścił, reset wykonany. No i można wracać. Minie nieco czasu zanim nowa energia uleci, tempo życia znowu zacznie przygniatać i wrócimy do starych nawyków - suniemy ulicami miasta bez emocji, z pustym wzrokiem wlepionym gdzieś przed siebie, jak zaprogramowane roboty...



COUNTRY LIVING



Teraz druga strona. Spokojna i piękna okolica na co dzień, ulice otoczone zielenią, lasy, parki, pola, jeziora i stawy, wzgórza itd. Wszędzie zielono i przyjemnie. Temperatura cały rok niemal to samo, 25-30 stopni, czasami nawet grubo ponad 30. Codziennie rano wita Cię błękitne niebo, z którego wpija się w szczeliny żaluzji oślepiające światło słoneczne. Życie płynie jak w zwolnionym tempie, pełen relaks. Wyobraź sobie, że masz czas na wszystko i możesz naprawdę zająć się sobą. Możesz ugotować sobie zdrowe jedzenie, pójść na trening, bez pośpiechu wypić kawę w pobliskiej restauracji rozmyślając o tym, co jeszcze można zrobić, żeby było fajnie. Dojazd do pracy 10 minut, z pracy 10 minut, na siłownię 10 minut, do marketu 10 minut... spacerem. Nagle dzień wydaje się dłuższy, czasami wręcz siadasz i nie wiesz jak ten czas zapełnić...



No właśnie. Ile można trwać sielanka? Nie wiem czy to moja osobista sprawa i pewne przyzwyczajenia, ale z czasem czuję, że ten spokój zaczyna mnie męczyć. Nie ma co robić, nie ma zbyt wielu atrakcji dookoła. Jeśli chcemy ubarwić sobie dzień, musimy wsiąść w auto, zawsze ktoś musi być kierowcą, zobowiązania itd. Każde wydarzenie jakie ma miejsce można zobaczyć, przeżyć, odhaczyć. Ok, niby fajnie, ale nie zawsze jest to super widowisko, czasami wygląda to jakby ktoś organizował event "na odpier*ol" - wielka impreza to raptem 3 budy z żarciem, mała scena na której mało znany artysta brzdęka jakieś rytmy country, kilka podrasowanych aut na tak zwanym "amazing car show" i mała karuzela kręcąca w kółko zblazowanych uczestników festynu.



No więc przychodzi moment, że zaczynasz fiksować i mówisz sobie "Dobra starczy tego, lecę do miasta". Jak tylko samolot wyląduje na płycie, już czujesz ten dreszcz ekscytacji, już masz ochotę wypić kawę na jednym z tych zalatanych skrzyżowań, obserwując jak fale idących w pośpiechu ludzi tną aleje, a zgiełk wciska się w umysł jak wiertło. I nagle czujesz, że żyjesz. Tyle rzeczy do zrobienia, tyle atrakcji, przecież już samo tempo miasta kręci obroty i podnieca. Masz ochotę wskoczyć między tych ludzi, zaznać tego szału, poczuć tą energię. I wieczorem głośna knajpa, piwko, burger, rozmowy z nieznajomymi, śmiechy przedzierające się przez ryczące dźwięki muzyki na żywo. Godzina 23 a ulice wciąż są pełne, gwarno jak cholera, więc dalej brniesz w to i czujesz, że właśnie o to chodzi w życiu, tego Ci brakuje "na wsi". Następnego dnia i może jeszcze kolejnego wstajesz i dalej ogarnia Cię ten dziki szał, mimo że poranna kawa już nie stawia na nogi tak dobrze jak poprzednio. Ale rzucasz się "na główkę" w ten wielkomiejski basen i chłoniesz wszystko z podwojonymi emocjami.



W końcu przychodzi okres zmęczenia, zaczynasz doceniać ciche alejki, gdzie pijąc kawę czy jedząc posiłek jesteś w stanie usłyszeć własne myśli i nie musisz krzyczeć do rozmówcy. Myślisz sobie "powoli mam dość", zaczyna boleć głowa, coraz rzadziej masz ochotę wbijać się pomiędzy tłumy, chodzisz skrótami, wyłączasz się na chwilę. Na koniec wyjazdu, siedząc w samolocie, wzdychasz i powtarzasz w myślach: "Jak dobrze, że już wracam". Na moment przed lądowaniem widok niskiej zabudowy i ogromnych połaci zieleni rozlewa Ci ciepłe uczucie na serce i z radością stwierdzasz "jak dobrze być tutaj z powrotem..."




WERDYKT?


No i który scenariusz wydaje się bliższy Waszym sercom - big city life czy country living?


Po długim i intensywnym zastanowieniu się muszę przyznać, że chyba po części zacząłem doceniać przebywanie w spokojnym otoczeniu i okazjonalne wyrywanie się do hucznego świata, ale nie powiedziałbym tego ze stuprocentową pewnością. Byłoby to jakieś 70% do 30%, niemniej wydaje mi się, że te proporcje rosną na korzyść spokojnego miejsca. Mieszkanie w cichej okolicy pozwala skupić się bardziej na sobie i chyba pozwala też doznawać życia jakoś tak "pełniej", a na pewno bardziej świadomie. Czasami dopada to poczucie pustki i beznadziei, kiedy nie wiadomo co ze sobą zrobić, a atrakcji dookoła żadnych, ale wystarczy krótki wypad do miasta, żebym po powrocie znowu poczuł się dobrze w NC. Siedząc przy kawie na dachu hotelu na Manhattanie zastanawiałem się jednak, ile rzeczy mógłbym robić w tak ogromnym mieście i że tempo tej metropolii być może pozwoliłoby mi wskoczyć na "kolejny level" - czy to z planami jakie snuję czy po prostu z samym sobą. W końcu kiedy wszyscy gonią, Ty też zaczynasz gonić. Kiedy czwartego dnia dopadał mnie ból głowy myślałem sobie, że przecież gdybym tu mieszkał i właśnie tak się czuł to mógłbym zawsze pojechać na południe i odpocząć. Ale czy chciałbym się tak bardzo zajeżdżać każdego dnia czy jednak wolałbym żyć "interwałowo", od wyjazdu do wyjazdu? Chyba zdaję sobie sprawę, że rzeczywiście zaczynam powoli uśmiechać się ku tej drugiej opcji.


Nie sądzę, że to tylko kwestia życia w USA, każdy z nas ma podobne dylematy. Duże miasto wydaje nam się dawać duże możliwości, spokojna okolica kojarzy nam się z zagrożeniem, że "zdziadziejemy" na miejscu. Ale chyba niekoniecznie, wszystko pewnie jest kwestią indywidualnych potrzeb, których powinniśmy zacząć słuchać zanim podejmiemy decyzje o benefitach pewnych ruchów w naszym życiu. Bo jeżeli znajdziemy się nie po tej stronie barykady, możemy popaść w tarapaty :) Obyście zawsze byli po tej właściwej.


Adieu!



0 wyświetlenia
  • Czarny YouTube Ikona

AMERICAN STORIES @ 2018