USA - idea, nie państwo



Przyznaję się bez bicia - historia Stanów Zjednoczonych fascynuje mnie w jakiś niezrozumiały sposób. Lubię o tym czytać/oglądać/słuchać, jest w tym wszystkim coś specjalnego. Mimo tego, że historia Ameryki jest relatywnie młoda, znajduję w niej trochę inspiracji - szczególnie w idei tworzenia zupełnie nowego, lepszego świata na nieznanych dotąd ludziom terenach, daleko od domu. Jest to opowieść piękna i budująca, ale też nieźle pokręcona, zawiła, brutalna i niejednokrotnie smutna. Sama idea powstania Stanów Zjednoczonych jest cudowna - państwo ludzi wolnych, kraina równości i uczciwych rządów, niezależna od żadnych królów, imperiów, korony czy jakichkolwiek ustalonych z góry wpływów. Jednocześnie gdzieś po drodze wiele spraw się posypało - niewolnictwo, grabieże, wojny - długo by wymieniać. Oprócz wspaniałych cech ludzie zabrali ze sobą za ocean wszelkie mroczne przypadłości, których reperkusje ciągną się po czasy współczesne. Czy to jeszcze możliwe, żeby te pierwotne wizje założycieli tutejszych kolonii mogły się spełnić?



Nowy Jork - stolica świata



Podróż do Nowego Jorku ma dla mnie zawsze jeden dodatkowy plus - oczywiście oprócz wszelkich walorów turystycznych. Kiedy spacerujesz ulicami tego miasta to uświadamiasz sobie, że żyją tu ludzie prawdopodobnie z każdego jednego miejsca na świecie. Multikulturowość tej metropolii jest wręcz oszałamiająca, ale jednocześnie przypomina o tym, jaka była historia powstawania Stanów Zjednoczonych - różnorodność mieszkańców "Wielkiego Jabłka" jest tego doskonałym dowodem.


Pamiętam nasz wypad do Nowego Jorku na obchody "4th of July" , czyli Święta Niepodległości. Pisaliśmy o tym TUTAJ. Nad brzegiem East River tysiące ludzi zebrało się razem, żeby świętować ten wyjątkowy dzień i obejrzeć legendarny pokaz fajerwerków organizowany przez Macy's. Z jednej strony byli tam w większości nowojorczycy i zapewne w większości Amerykanie, chociaż mieszanka różnych języków była bardzo łatwa do zanotowania. Z drugiej strony byli to ludzie mający korzenie w przeróżnych zakątkach świata. Być może są oni Amerykanami ale historia ich rodzin to przeważnie podróż z któregoś miejsca na ziemi do nieznanej dotąd krainy, podróż po wolność, lepsze życie, może po szczęście. Niebezpieczna ale i bardzo odważna decyzja, żeby wsiąść na statek i popłynąć z nadzieją w nieznane. Niektórzy też znaleźli się tutaj niejako pod przymusem, jasne, ale to też jest teraz ich miejsce. Dzisiaj potomkowie tych ludzi spotykają się razem nad brzegiem rzeki żeby celebrować wolność, równość i wielką ideę jaka przyświecała "założycielom" Stanów Zjednoczonych. To jest właśnie to co mnie fascynuje - USA nie jest państwem w klasycznym ujęciu, USA to idylliczna idea, marzenia jego pierwszych osadników o kraju wolnym od jakichkolwiek ucisków, ostateczna destynacja dla wszystkich, którzy szukają schronienia, dobrego traktowania, równości, lepszej jakości życia, wolności wyboru i wyrażania swojej opinii. Jej mieszkańcy pochodzą z przeróżnych miejsc na ziemi, razem stworzyli nowy świat, który miał być tą wymarzoną krainą, Eldorado. To jak daleko jest dzisiejsza Ameryka od pierwotnych założeń to temat na osobną, bardzo długą dyskusję. Ale to nie zmienia faktu, że gdzieś tam tli się duch tamtej mentalności i Amerykanie starają się o tym nie zapominać.


Jednak wiele rzeczy po drodze poszło nie tak, jakby wszyscy sobie tego życzyli...



Absurdy i konflikty



Brytyjczycy przybyli do Ameryki generalnie z dobrymi intencjami. Tutaj miało rozpocząć się dla nich nowe, lepsze życie. Większość ludzi szukała ucieczki spod brytyjskiej korony i "tyranii" tamtejszej monarchii. Łączył ich wspólny cel do osiągnięcia daleko od domu. Niektórzy już od jakiegoś czasu tułali się po różnych miejscach. Zanim postawili oni pierwszy krok na amerykańskiej ziemi, tereny od jakiegoś czasu eksplorowali i kolonizowali podróżnicy z innych państw. Wśród nich byli Hiszpanie i Portugalczycy, którzy przodowali w niechlubnym procesie handlu niewolnikami. Ściągano ich do Ameryki (z resztą nie tylko do Ameryki) do ciężkiej niewolniczej pracy na plantacjach tytoniu, trzciny cukrowej i innych dobrodziejstw tego regionu, które chętnie kupowali mieszkańcy pozostałych części świata.


Brytyjczycy niekoniecznie chcieli postępować w ten sam sposób, przypłynęli tutaj w końcu z innymi zamiarami, ale szybko przekonali się, że też muszą skorzystać z tego systemu. Dodatkowo wraz z przypływem nowych statków kolonie zaczęły zmierzać w głąb lądu, napotykając tam rdzennych mieszkańców, którzy w końcu też zaczęli stawiać opór, broniąć swoich własności. Na brzegu robiło się ciasno i niewygodnie, brakowało nowych surowców, poza tym cały region pozostał wciąż nieznany. Brytyjczycy nie chcieli plamić swoich rąk i stawać przeciwko wszystkiemu w co wierzyli przepływając ocean, ale z czasem dla własnego "dobra" wymyślili sobie "rozsądne uzasadnienia" na mroczne i brutalne działania, które miały im pomóc w rozwoju kolonii.


Najważniejszymi kwestiami do rozważenia był temat niewolnictwa oraz przejmowania ziem od rdzennych mieszkańców Ameryki.


Jak wytłumaczono sobie zasadność niewolnictwa? Wiele wybitnych jednostek tamtych czasów rozumiało absurd stosowania niewolnictwa w kraju, który powstawał na założeniach równości i wolności każdego człowieka. Z czasem stało się to tematem sporów i swego rodzaju "moralniakiem", ale sprawy posunęły się tak daleko, że ciężko było zrezygnować z tego w wielu funkcjonujących już koloniach. Za wyznacznik niewolnictwa przyjęto przede wszystkim kolor skóry i przeważnie było to decydującym faktorem tego czy człowiek może być własnością kogoś innego. Zaczęło się tworzenie umów, handel żywym towarem, spisywanie aktów własności itd. W lokalnych gazetach wystawiano ogłoszenia o możliwości zakupu niewolnika, zaraz obok wiadomości o codziennym życiu kolonii i wydarzeniach kulturanych. Na jakiś czas zapomniano jak bardzo jest to niewłaściwe z całą ideą nowego świata. Jednak dość szybko pojawiły się pierwsze głosy sprzeciwu w tych sprawach, szczególnie w północnych koloniach, gdzie niedługo potem wprowadzono zmiany w ustawach próbujące zakazać posiadania niewolników, ale wszyscy wiemy, że rozwiązanie tego tematu trwało jeszcze długie lata, a pewne rzeczy ciągną się po dzisiejsze czasy. Kwestia legalności niewolnictwa była też jednym z powodów narastających konfliktów pomiędzy koloniami, ponieważ południowe tereny w zasadzie żyły z prowadzenia plantacji i handlu uprawianymi roślinami, więc absolutnie wykluczały ewentualność zniesienia niewolnictwa i utraty siły roboczej.


Jak wytłumaczono sobie zasadność zawłaszczania ziem rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej? Tutaj zagwozdka była również niemała, bo pozbawianie Indian ich ziem również mijało się z ideą nowego ładu świata. Wymyślono, że podstawą do odebrania ziem będzie po prostu brak upraw. Indianie nie byli raczej wielkimi farmerami, trudzili się za to polowaniami, rybołóstwem i korzystali z urodzajów ziemi w inny sposób. Brytyjczycy stwierdzili, że skoro nie ma upraw to istnieje problem marnotrawstwa i na tej podstawie zawłaszczano kolejne tereny - siłą i przemocą jeśli była taka potrzeba - w celu ich odpowiedniego zagospodarowania. W ten sposób zapewniono sobie ekspansję w głąb lądu i kontrolę nad kolejnymi terytoriami.


Być może powyższe "uzasadnienia" dawały pewien komfort psychiczny przez jakiś czas, ale wkrótce stały się przyczyną coraz większych różnić i rozłamu pomiędzy koloniami. Kiedy na północy Ameryki gorąco debatowano nad hipokryzją i łamaniem podstawowych zasad, na południu skala niewolnictwa osiągała niebagatelne rozmiary - do tego stopnia, że południowe stany decydowały się na lojalność wobec Imperium Brytyjskiego w zamian za otrzymanie wsparcia w postaci armii i żołnierzy, którzy mieli tłumić powstania wśród niewolników, którzy swoją liczebnością dawno już przewyższali pozostałych mieszkańców i zaczęli stanowić realne zagrożenie życia właścicieli ziemskich, którzy panicznie bali się ataków.


Ten kolonialny rozłam sugerował także, że początkowa idea nie została kompletnie zapomniana. Problem został zauważony zaraz po tym jak w zasadzie powstał. Wśród kolonistów znaleźli się tacy, którzy postanowili walczyć o to, żeby Ameryka rzeczywiście stała się wymarzonym domem wszystkich wolnych ludzi, bez względu na jakiekolwiek różnice. Takich ludzi nie brakowało przez kolejne lat i nadal nie brakuje. W duchu tych wartości kontynuują drogę naznaczoną przez pierwszych obywateli.


Nasuwa się zatem oczywiste pytanie - jak to naprawić? Co zrobić z mroczną historią Ameryki żeby przestała ciążyć, żeby jednoczyła w jednym celu? Co zrobić żeby Amerykanie znowu byli tą grupą podróżników na pokładzie statku "Mayflower", którzy płynęli razem stworzyć lepszy świat? Czy to nadal możliwe?



Po lepszą przyszłość



Nie wiem jak daleko jest współczesna Ameryka od swoich pierwotnych, pierwsza myśl brzmi - bardzo daleko, ale ciężko mi to ocenić - jestem tu nowy, dopiero się uczę, poznaję, rozumiem coraz więcej. Wiele rzeczy pewnie wymaga naprawy, istnieje potrzeba osiągnięcia konsensusu, porozumienia, ujednolicenia wizji. Wciąż zauważane są podziały i spolaryzowane opinie, które blokują szansę na to żeby nastąpił przełom. Bez wątpienia w duchu amerykańskiej społeczności można zauważyć nieustanną wiarę w te wartości, ale potrzebna jest jeszcze rzeczywista zmiana. Zaczynam zdawać sobie sprawę, że fakt który pociąga mnie w Stanach Zjednoczonych najbardziej to właśnie stara, piękna idea będąca fundamentem budowy nowego, lepszego świata, który będzie dla wszystkich. Któż nie chciałby żyć w takim świecie? Wiele z tych pierwotnych amerykańskich wartości przekazywanych przez pokolenia przetrwało do dzisiaj, sami niejednokrotnie czuliśmy się tutaj akceptowani i szanowani pomimo oczywistych dowodów na to, że nie jesteśmy stąd. Obserwowaliśmy ludzi którzy rzeczywiście kochają się w wolności jaką daje im ten kraj. Każdy tłumaczy wolność na swój sposób i ma do tego prawo. Z drugiej strony czuliśmy też tą mroczną stronę na wiele różnych sposobów, oglądaliśmy przerażające sceny i baliśmy się o to, co będzie dalej. Być może jednak nie tracimy nadziei, że da się coś z tym zrobić. No bo gdzie to zrobić jak nie w USA? To była przecież ta nowo odkryta, cudowna kraina, która mieniła się pięknymi kolorami, tutaj płynął cały świat, tutaj szukano lepszego życia, tutaj spotkasz ludzi z każdego zakątka ziemi. Gdybyśmy mogli się temu jakkolwiek przysłużyć, chętnie byśmy to zrobili. Jesteśmy Polakami, ale czujemy się też Amerykanami zgodnie z przyświecającymi Stanom Zjednoczonym ideom - tym które są tutaj od samego początku. Myślę, że wielu Amerykanów myśli i czuje podobnie i tak samo wierzy, że jest to nadal możliwe. Na tym właśnie opierają się te wzniosłe i piękne przemowy - na wartościach, w które nadal się wierzy i pragnie by stały się w końcu prawdziwe. Czemu miałoby się nie udać...


Czas pokaże...


PS. powyższy tekst opiera się głównie o książkę "My, Naród" napisanej przez Jill Lepore. Świetny tytuł, warty polecenia.


PS2. nie zapłacono nam za reklamę :D

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie